Rząd PiS zaś nadal pozostaje w błogim przekonaniu, że sojuszami można handlować. Czy ogłaszając wolę kupna czołgów od Amerykanów, naprawdę wierzyli, iż Biden w te pędy przyleci do Warszawy, by poklepać ich po plecach? Albo że zrównoważą w ten sposób zamach na amerykański kapitał oraz wolne media?

Amerykanie reakcję rozpoczęli od przypomnienia, że podstawą przymierza USA i RP są wartości demokratyczne, których przestrzeganie leży we wspólnym interesie. W tej deklaracji znalazło się wszystko, na czym po 1989 roku zbudowany został sojusz naszych krajów: demokracja, praworządność, poszanowanie dla praw obywatelskich, w tym wolności prasy. To inaczej niż za prezydentury Donalda Trumpa, który przymykał oko na niszczenie niezależnego sądownictwa w Polsce w imię prowadzenia korzystnych dla Ameryki interesów, głównie w dziedzinie uzbrojenia i sprzętu wojskowego made in USA.

Tymczasem nasza pozycja na flance wschodniej nigdy nie była okrojona tylko do przymierza wojskowego. Przez 30 lat obie strony bezustannie podkreślały serdeczność opartą na wyznawaniu tożsamych ideałów. Bliskość i harmonia związków Waszyngtonu z Warszawą bywały nawet przyczyną irytacji niektórych europejskich partnerów.

Choć po awangardowym zaangażowaniu Andrzeja Dudy w kampanię prezydencką Trumpa mówiłem w wielu miejscach o nadciągających kłopotach, to nie przewidziałem skali kataklizmu. Oto po kilkudziesięciu latach mozolnie i kompetentnie budowanych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi weszły one w fazę krytyczną.

Ten pogląd dzielą chyba pisowskie kadry MSZ. Po raz pierwszy w historii Senatu RP nie przysłano bowiem żadnego delegata do udziału w komisji spraw zagranicznych i Unii Europejskiej, która w lipcu tego roku podjęła się próby zdiagnozowania przyczyn katastrofy.

Dotychczas przedstawiciele resortu dzielnie bronili imaginacji pisowskiego ośrodka dyspozycji politycznej o globalnym znaczeniu Polski. Tym razem uznali, że atlantyckiej kompromitacji obronić się nie da. To potwierdzenie oceny, że kryzys wywołano celowo, z pełną świadomością konsekwencji.

Przyczyny dyplomatycznego tornada w przeważającej części leżą w polityce wewnętrznej. Dla utrzymania strategicznej współpracy z administracją prezydenta Bidena PiS musiałby bowiem obrócić w ruinę swój cel, czyli niszczenie polskiej demokracji. Poskutkowałoby to szybką utratą panowania w kraju. A przecież wiemy, że dla hegemonii PiS odda w ofierze wszystko; nie kieruje się bowiem interesem państwa, lecz – partii. A co więcej, jest w stanie naruszyć także żywotne interesy sojusznika. Szturm na TVN to na pozór tylko sprawa wewnętrzna. Podobnie jak strzaskanie niezawisłości wymiaru sprawiedliwości i wolnych ruchów obywatelskich czy upolitycznienie policji.

Nie są to dziedziny obojętne dla międzynarodowej wymiany dóbr i idei. Powodem naczelnym jest strukturalna dysfunkcjonalność relacji demokracji z tyranią. Usieciowienie i rozwarstwienie ośrodków władzy to signum temporis globalizacji. PiS natomiast zmierza do dominacji w kształcie piramidy; decyzje podejmuje satrapa umoszczony na jej wierzchołku. Musi więc szukać partnerów w środowisku pracującym na zbliżonych częstotliwościach; rozglądać się za podobnym jemu towarzystwem. Dlatego prezydent Duda jeździ do Ankary, a nie do Berlina, zaś jego strategiczne konsultacje z Joem Bidenem trwały cztery minuty, z czego jedną zabrało pozowanie do fotografii.

Oficjalna fraternizacja z węgierskim Fideszem, francuskim Zjednoczeniem Narodowym, włoską Ligą Salviniego i z Braćmi Włochami (w brunatnych koszulach) oraz hiszpańską partią Vox podważa zdolności PiS do pracy w środowisku demokratycznym. Do publicznej wiadomości nie podano wszystkich uczestników bractwa przyjaciół putinowskiej Rosji. Ze wstydu?

Do jakich poglądów przyznał się tedy PiS? Oto one: wyjście z Unii Europejskiej lub przerobienie jej na nacjonalistyczny syndykat. Wrogość wobec wolnej Ukrainy i niepodległej Gruzji, oczyszczenie kontynentu z imigrantów, restytucja supremacji białego człowieka oraz reewangelizacja rozumiana jako przymierze tronu z ołtarzem. Wbrew nauczaniu Stolicy Apostolskiej. Tymczasem Biden przyjechał niedawno do Europy z generalną misją reintegracji północnych demokracji. Obwieścił kres polityki transakcyjnej, przy jednoczesnym powrocie do radykalnie mocniejszych fundamentów kooperacji, czyli wspólnie wyznawanych wartości demokratycznych.

Rząd PiS zaś nadal pozostaje w błogim przekonaniu, że sojuszami można handlować. Czy ogłaszając wolę kupna czołgów od Amerykanów, naprawdę wierzyli, iż Biden w te pędy przyleci do Warszawy, by poklepać ich po plecach? Albo że zrównoważą w ten sposób zamach na amerykański kapitał oraz wolne media?

Polski rząd wchodzi w interakcje akurat z tymi graczami, z którymi Waszyngton ma na pieńku. Pisowscy funkcjonariusze straszą Rosją, czyniąc jednocześnie wszystko, by Rzeczpospolitą uczynić bezbronną wobec imperialnej Moskwy. To wiemy. Lecz Pekin? Jeszcze w grudniu 2020 roku pisowski rząd samotnie głosował przeciw porozumieniu UE z Chinami (EU-China Comprehensive Agreement on Investment). 20 maja 2021 roku Parlament Europejski zdecydował jednak o zablokowaniu prac nad CAI. Polska mogła zatem świętować moralny sukces bezkompromisowej postawy podyktowanej – jak się domyślamy – łamaniem praw człowieka w Tybecie, zamykaniem Ujgurów w obozach oraz represjami wobec demokratów w Hongkongu. Szlachetny triumf? Nic z tego. Już po kilku dniach, 29 maja 2021 roku, Zbigniew Rau spotkał się w Pekinie z szefem dyplomacji Wangiem Yi. Był pierwszym ministrem z UE, którego Wang zobaczył na żywo w 2021 roku. Rau zachęcał w Pekinie do kontynuacji (!) rozmów o CAI i przezwyciężania różnic. Przekonywał, iż zamierza przedsięwziąć aktywne działania dla zdrowego rozwoju relacji Pekinu z UE. Żegnał gospodarza deklaracją, że „Polska uznaje uzasadnione interesy Chin". Czy można to rozumieć inaczej niż prowokację wobec USA?

Priorytetem każdej dyplomacji jest bezpieczeństwo kraju i jego rozwój. Dlatego zawiązuje się sojusze i tworzy międzynarodowe organizacje o strukturze win-win; wszyscy wygrywają, nikt nie traci. To dzięki nim zyskać można wagę w środowisku międzynarodowym. To one budują siłę bezsilnych.

Tymczasem PiS zachowuje się, jakby stał na czele mocarstwa. Liderzy PiS rozumieją suwerenność wulgarnie, jako obronę przed wtrącaniem się w sprawy wewnętrzne. Co łączy przyjaźń z Węgrami Orbana i Turcją Erdogana, zaloty do Chin i sojusz z europejską skrajną prawicą? Jest tylko jeden wspólny mianownik; wszystkie te kraje i ruchy są coraz głębiej poróżnione z USA oraz większością członków NATO.

Jesteśmy skłóceni z sąsiadami, którzy nie potrafią pojąć, dlaczego narażamy ich bezpieczeństwo, konfliktując się z państwami, od których ono zależy. A kiedy dowiadują się o ekscentrycznych pomysłach budowy węgiersko-polskiej siłowni nuklearnej w obwodzie kaliningradzkim, wpadają w panikę. Obawiają się polskiej komendy nad Inicjatywą Trójmorza traktowaną w Warszawie przez długi czas jako oręż do osłabienia Unii Europejskiej.

Pisowską taktykę skomentowała krótko sekretarz handlu Gina Raimondo: „Będzie to miało skutki dla przyszłych amerykańskich inwestycji i zagrozi naszym gospodarkom". Jej przesłanie uzupełnił Derek Chollet, doradca szefa Departamentu Stanu: „Wolność mediów jest dla nas ważna".

Biden tworzy koalicję przeciwko ekspansji Chin. Tam jest prawdziwe zagrożenie dla amerykańskich interesów. Państwa demokratyczne, zrzeszone w organizacjach, do których należy również Rzeczpospolita, występują przeciw autokracjom. Pisowska Polska nie może się przyłączyć, bo sama pogrąża się w despotii. Dlatego licytuje relacjami z kluczowym sojusznikiem. Dla wszechwładzy gotowa jest poświęcić wszystko.

Nikt z pisowskich „strategów" nie zadał sobie pytania, czego USA potrzebują od Polski. Odpowiedź brzmi banalnie: sojuszu i współpracy, stabilności i poszanowania wartości Zachodu. Już wkrótce może to się zmienić. Polska bez Unii Europejskiej nie znaczy na kontynencie nic. Jest zakładnikiem wschodnich dyktatur. Polska bez USA ma zerowy wpływ na przyszłość świata i identyczne poczucie bezpieczeństwa.

Ilekroć Kim Dżong Un pragnie uzyskać cokolwiek od USA, odpala rakiety fruwające nad Japonią. PiS nie dysponuje jeszcze bronią nuklearną, więc musi szukać innych argumentów. Może zatem wywłaszczeniem koncernu Discovery i ograniczeniami dla amerykańskich inwestycji, bo taki sens ma „lex TVN", PiS pragnie zachęcić Waszyngton do rozmów? Ale przecież Stany Zjednoczone to nie mityczny San Escobar.

Nie potrafię więc dać wiary, że funkcjonariusze PiS naprawdę uznali, iż Stany Zjednoczone podążą drogą Verlagsgruppe Pasau, która potulnie odsprzedała tytuły należące do Polska Press. Wydaje się, że świadomie wybrali kurs na zderzenie z górą lodową. Kosztem podstawowych interesów Polek i Polaków. To zderzenie może nastąpić już niebawem.

---

Bogdan Klich jest przewodniczącym senackiej komisji spraw zagranicznych i Unii Europejskiej

Opinie

Szkoła Czarnka vs szkoła jutra

Wojna PiS o TVN, to konfrontacja z USA

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Czy Biden rozprawi się z podatkowymi rajami?

Liberalizm i solidarność

Agonia władzy

Jaka przyszłość NATO?

Czy stać nas na świat bez drzew?

Strategiczna cena ambicji Obajtka

Dlaczego młodzi odchodzą z Kościoła?

Rząd się kłóci, traci Polska

Sztuka mądrego życia 

Media pod butem rządu

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Podatkowy zawrót głowy

Polki w mediach

Dlaczego organizacje pozarządowe są ważne?

Czuły barometr naszych histerii i nadziei