Warszawa, róg Wiejskiej i Pięknej. Siedzimy w samochodzie, ale skręt w lewo blokuje grupa zamaskowanych policjantów. Jest połowa września 2021 roku. Na chodniku stoją policyjna nyska i dwa radiowozy. I kolejny radiowóz tuż przed maską naszego samochodu. Policjanci ciasnym kołem otaczają dwójkę siedzących na jezdni młodych ludzi, starających się zablokować przejazd antyaborcyjnego „płodobusa”. Po kilkuminutowej utarczce przenoszą dziewczynę i chłopaka na chodnik. Płodobus jedzie dalej, a z megafonu płyną obrzydliwe hasła o „morderstwie nienarodzonych”. Jedziemy za nim. Coś się właśnie kończy.

Gdy w październiku 2020 roku Trybunał Julii Przyłębskiej wydał wyrok praktycznie pozbawiający Polki dostępu do legalnej aborcji, trudno było się spodziewać, że decyzja ta pozostanie bez echa. Zdominowany przez obecną władzę Trybunał uznał, że jedna z trzech przesłanek, elementów obowiązującego od 1997 roku tak zwanego kompromisu aborcyjnego, czyli możliwość aborcji z powodu ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, jest niezgodna z Konstytucją RP. Tym samym pisowski Trybunał umieścił nas w ogonie cywilizowanego świata, respektowanie podstawowych praw człowieka spychając na margines porównywalny z tym w Somalii, Salwadorze czy Gwatemali.

Wkurzyliśmy się. Ale nie o samo wkurzenie tu chodzi. To nie akcja – reakcja, nie wybuch bomby, ale wejście w długi proces, który – jak chcemy wierzyć – w ostatecznym rozrachunku nie tyle przywróci status quo, co pozwoli na radykalne zmiany. Bo… ulica zawrzała, zaś część szpitali – jeszcze przed ogłoszeniem tej skandalicznej decyzji w Dzienniku Ustaw – zawiesiła zaplanowane wcześniej zabiegi terminacji ciąży. Na kobiety i rodziny padł strach. Strach padł na nas wszystkich myślących otwarcie, rozumiejących, że oto władza robi kolejny krok ku odebraniu nam wolności, ku zawłaszczeniu naszej przestrzeni prywatnej i zastąpieniu naszych samodzielnych etycznych wyborów państwowo-kościelną „normą”. Fala protestów błyskawicznie rozlała się po całej Polsce. I nie chodzi tylko o wielkie miasta, ale też o miasteczka czy wręcz wioski, gdzie na rynku czasem stała początkowo jedna protestująca, może dwie, a do nich stopniowo, dzień po dniu dołączali kolejni ludzie. Wedle szacunków policji pod koniec października 2020 roku, mimo szalejącej pandemii, protesty odbywały się w 410 ośrodkach, zaś sam tylko Marsz na Warszawę zgromadził ponad 100 tysięcy uczestników. Wymowne osiem gwiazdek, błyskawica i biały czepek wprost z „Opowieści podręcznej”, zasznurowane usta i wiele wznoszonych haseł, wymalowanych na tekturze, a często wprost na jezdni – to charakterystyczne znaki-symbole. Nastąpiły kolejne protesty, chociażby ten w styczniu 2021 roku, po publikacji wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej. I znów kolejne, gdy jesienią przyszło nam się zmierzyć ze śmiercią młodej kobiety, której lekarze – tak bardzo pochyleni nad pisowską wersją prawa – wręcz odmówili właściwej pomocy. Protestowali ludzie w każdym wieku – przychodzili nie tylko dla siebie, ale również dla swoich sióstr, córek czy wnuczek. Bo strach, jaki sprowadził na kobiety PiS, może dotknąć każdej/każdego z nas. I to straszne uczucie zawładnęło nami w całym 2021 roku.

Był też inny strach. Związany ze skandalicznym zachowaniem policji, początkowo zachowawczej wobec uczestników protestów, ale później – co zbiegło się z powołaniem Jarosława Kaczyńskiego na stanowisko odpowiedzialnego za bezpieczeństwo wiceprezesa Rady Ministrów – działającej w sposób brutalny. Za symbole owej brutalności uchodzić mogą nie tylko pojedyncze zachowania wobec uczestników marszów, łamanie przez policję prawa, naruszanie wolności dziennikarskiej, lekceważenie działań posłów opozycji, ale także postępująca pogarda wobec prawa przysługującego każdemu obywatelowi. Konferencje prasowe rzecznika policji naznaczone były tą samą arogancją, do jakiej – niestety – przyzwyczaił nas cały obóz rządzący. I właśnie owa arogancja władzy naznaczyła czas protestów. To pogarda okazywana obywatelkom i obywatelom. A wszystko to podszyte strachem o utratę władzy, przed rozliczeniami, strachem przed wyjściem na jaw kłamstw, jakie każdego dnia serwują Polkom i Polakom sprawujący władzę. Bo taki rodzaj okrucieństwa wyzwalany jest najczęściej właśnie przez strach, przy czym ten ostatni maskowany bywa albo brutalnością, albo samozadowoleniem.

Protesty te, jak sugerują komentatorzy, najliczniejsze w historii Polski, już zmieniły nasz kraj. Nawet jeśli odniosły tylko połowiczny sukces, to skierowały nasze myślenie i działanie na nowe obszary. Wielu osobom dodały obywatelskiej odwagi, innym uświadomiły, że to również „ich sprawa”, jeszcze innym pozwoliły dostrzec, w jakim kierunku musimy dziś iść. Że nie ma obecnie miejsca na milczenie i zachowawczość, że polityka ma przełożenie na ich codzienność, na zdrowie czy nawet życie. I tak… numer do „legalnej aborcji” znają już chyba wszyscy. Podobnie jak numer prawników, pod którym można uzyskać pomoc w razie zatrzymania przez policję. Wiemy, gdzie interweniować, gdzie zgłosić się nie tylko w razie odmowy dokonania legalnej – choć wielokrotnie już kwestionowanej – aborcji, ale też gdzie szukać pomocy, gdy polskie prawo wiąże lekarzom ręce. Pomagają w tym organizacje polskie i zagraniczne, inne kraje, pomagają wreszcie same kobiety, które – na niespotykaną chyba wcześniej skalę – nauczyły się być dla siebie wsparciem. Ba, owo wsparcie zaczęło być widoczne. Już nie przekazywane sobie po cichu, ale głośne i wyraźne, komunikowane nie tylko w wiadomości do koleżanki, ale w mediach społecznościowych czy nawet w mediach głównego nurtu.

Efekty? W co przeszły protesty? Czy rządzącym udało się „zneutralizować” społeczną energię, jaka wyzwoliła się podczas marszów i protestów, czy może raczej sami organizatorzy przekuli ją w coś innego? Czy okazywane przez władzę lekceważenie wobec protestujących, przy jednoczesnych działaniach skierowanych przeciwko nie tylko organizatorkom protestów, ale i tym, którzy – choćby cichaczem – wspierali radykalne i wręcz zbrodnicze projekty karania za aborcję jak za zabójstwo, jakoś nas przebudziły?

Efekty? Śmierć pani Izy z Pszczyny (bo szpital, mimo zagrożenia życia tej kobiety, czekał, aż samoistnie stanie serce niemającego szans na przeżycie płodu); odmowa wykonania legalnej aborcji po odrzuceniu opinii dwóch niezależnych psychiatrów (w wyjaśnieniu sprawy szpital w Białymstoku powoływał się na opinię Ordo Iuris, wedle której „depresja nie jest zagrożeniem dla zdrowia”); kolejny przypadek – Małopolska, listopad 2021 roku: kobiecie z bezwodziem odmawia się legalnej aborcji; trwająca właśnie kontrola w warszawskim Szpitalu Bielańskim, prowadzona przez krajowego konsultanta w dziedzinie ginekologii i położnictwa (poddane są jej księgi zabiegów ginekologicznych, księgi odmów oraz historie choroby dotyczące przerwań ciąży, dane dotyczące liczby porodów ciąż donoszonych i przedwczesnych, liczby obumarłych donoszonych, przedwczesnych i poronień z okresu od czerwca do grudnia 2021 roku). A to tylko czubek góry lodowej, końcówka bata, którym straszy się kobiety, lekarzy czy wreszcie każdego z nas. Bo wolności będą nam skąpić powoli, „Zabierać po kawałku / (Czasem nawet oddawać / Ale zawsze mniej, niż zabrano) / Codziennie po trochę / W ilościach niezauważalnych / Aż pewnego dnia / Po kilku lub kilkunastu latach / Zbudzimy się w niewoli”*.

Efekty? 20 grudnia 2021 roku komitet „Legalna aborcja. Bez kompromisów” ogłosił, że w czasie znacznie krótszym niż przewidywano udało się zebrać 100 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem umożliwiającym aborcję do 12. tygodnia ciąży. Aborcję w pełni wolną – bez dodatkowych pytań, obostrzeń, konieczności składania wyjaśnień. Bez zastrzeżeń czy dopisków drobnym druczkiem. Projektem pozostawiającym decyzję woli kobiety. Bo to nie jest sytuacja, w której z naszą wolnością można iść na jakiekolwiek kompromisy. To już przerabialiśmy, na dodatek z dość marnym skutkiem. I choć zbierający podpisy komitet odtrąbił już pierwszy sukces, to wobec ogromu protestów, wobec wykazywanych w badaniach społecznych tendencji wzrostu poparcia dla liberalizacji ustawy aborcyjnej… te 100 tysięcy wydaje się kroplą w morzu, ledwie echem wznoszonych jeszcze kilka tygodni temu okrzyków: „Nigdy nie będziesz szła sama”. Czekam na więcej. Tymczasem ten głos, to poruszające hasło powinno nam towarzyszyć każdego dnia. W sprawie aborcji, ale też w każdej innej. By wolność nie została nam odebrana.

---

Magdalena M. Baran – doktor filozofii, historyk idei, publicystka; adiunkt w IFiS UP w Krakowie. Zajmuje się problematyką wojny, filozofią polityki, etyką rządu, zarządzaniem konfliktem. Autorka książek „Znaczenia wojny. Pytając o wojnę sprawiedliwą” (Biblioteka Liberté! 2018) oraz „Oblicza wojny” (Arbitror 2019). Właśnie ukazała się jej nowa książka „Był sobie kraj. Rozmowy o Polsce” (Biblioteka Liberté!), w której z polskimi intelektualistami rozmawia o przemianach i wyzwaniach ostatnich 30 lat. Redaktor prowadzący miesięcznika „Liberté!”.

* Fragment wiersza Kornela Filipowicza „Niewola”.

Opinie

Tischner: człowiek o szerokich rękawach

Kłamstwo polityczne

Jak działa społeczeństwo obywatelskie?

Abecadło wojennych zbrodni

Bezpieczeństwo, wolność, jedność

Koniec epoki złudzeń

To Ziobro rozdaje dziś karty

(S)prawa Polek

Polskie firmy pod ścianą, a rząd udaje, że problemu nie ma

Nie ma Polski solidarnej, bez Polski przedsiębiorczej

Państwo bez mocy

Układ Warszawski bis

Prawdziwa skala drożyzny dopiero przed nami!

Czuły patriotyzm

Gdy zwycięzca nie bierze wszystkiego

Zapełnić pustkę w życiu i portfelu

Suwerenność i duma

Budzenie politycznego olbrzyma

Trzeba sobie łapy ubrudzić w ziemi

Szkoła Czarnka vs szkoła jutra

Wojna PiS o TVN, to konfrontacja z USA

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Czy Biden rozprawi się z podatkowymi rajami?

Liberalizm i solidarność