Wojna oznacza zbrodnie. Jakkolwiek strasznie to brzmi, historia pokazuje, że gdy armie stają naprzeciw siebie w takim – jak pisał Carl von Clausewitz – „powiększonym pojedynku”, to wcześniej czy później dochodzi do zbrodni. Dochodzi do niej, gdy armia posuwa się w głąb jakiegoś kraju, gdy napotyka opór wojskowy, gdy nie radzi sobie tak, jak zapanowano. Owe zbrodnie mogą być inspirowane przez głównodowodzących i stanowić element „wojennego planu”; mogą być również efektem rozpędzającej się machiny wojennej, a wraz z nią frustracji niższej rangi dowódców czy samych żołnierzy. Zbrodnie te mogą mieć różny charakter. Za zbrodnię – zgodnie z Rzymskim Statutem Międzynarodowego Trybunału Karnego – uznajemy dziś zbrodnię wojenną, zbrodnię przeciw ludzkości, ludobójstwo oraz zbrodnie agresji (art. 5). Te zaś, odpowiednio objaśnione, znajdują swoje doprecyzowanie w łamaniu przez strony konfliktu konkretnych konwencji i „naruszeń praw i zwyczajów prawa międzynarodowego mających zastosowanie do konfliktów zbrojnych o międzynarodowym charakterze” (art. 8).

W kontekście aktualnej wojny zabrzmi to paradoksalnie, ale początki międzynarodowego prawa wojny i pokoju sięgają… Rosji. Bo choć już wcześniej mówiono o wojennych barbarzyństwach, a także pojawiały się dokumenty takie jak podpisana po zakończeniu wojny krymskiej deklaracja paryska (1856) czy deklaracja petersburska (1868), to kierunek prawu międzynarodowemu nadały konwencje haskie (1899 i 1907). To car Rosji Mikołaj II, w roku 1898, inspirowany przez świadomych rosyjskiego zapóźnienia militarnego ministrów wojny, spraw zagranicznych i finansów, zaproponował zorganizowanie konferencji w sprawie ograniczenia zbrojeń. I choć świat popatrzył nań z przymrużeniem oka – „Car z gałązką oliwną – mówiono we Wiedniu – to coś nowego w historii” – to na miejsce dwóch konferencji wybrano Hagę. Ograniczenie zbrojeń wydawało się wówczas koniecznością. W prawdzie już wcześniej, na mocy deklaracji petersburskiej z 1868 roku, cywilizowane kraje zgodziły się by nie używać „w wojnach między cywilizowanymi narodami”, pocisków małego kalibru, przy czym wszelkie ograniczenia techniczne miały być „powodowane wymogami człowieczeństwa”. Owemu „człowieczeństwu” zdawano się przyznawać, – choć na chwilę prymat – przed celami politycznymi czy ekonomicznymi. I choć intencje były jak najlepsze, to poczynione sygnatariuszy deklaracji założenie, że rozwój cywilizacyjny ma szansę wpłynąć na złagodzenie nieszczęść, jakie wynikają z wojny, ostatecznie trafił w próżnię. Wojna przyszła – jak zakładano jeszcze w wieku XIX – powinna być zdolna do pogodzenia swych podstawowych potrzeb z prawami człowieka. Idąc dalej – to konwencje haskie wytyczyły szlak, normując zwyczaje i prawa podczas wojny lądowej.

I chociaż wiemy, że historia napisze w tym względzie zgoła odmienne scenariusze, to kolejne akty prawne określające konkretne rodzaje broni i zasady ich używania stawały się faktem. Część z nich obowiązywała już podczas Wielkiej wojny, a także później w czasie II wojny światowej. Ich nieskuteczność skłoniła cywilizowane narody do stworzenia bardziej szczegółowego prawodawstwa, a także do powołania stosownych trybunałów/sądów, władnych osądzić konkretne zbrodnie. Prawa, o jakich mowa dotyczą dziś nie tylko zakazu użycia konkretnej broni, ale również określają „właściwe” sposoby prowadzenia wojny.

W odpowiedzi na wspomnianą już propozycję cara Mikołaja II na miejsce obrad wybrano Hagę, gdzie podczas kolejnych konferencji obradowały komisje zbrojeń, reguł wojny i arbitrażu, a później (1907) dodano jeszcze komisję prawa morskiego. Wypracowano wówczas rozwiązania dotyczące między innymi uprawnień ludności cywilnej do obrony, traktowania jeńców i szpiegów, zakazu stosowania trucizn i podstępów, bombardowania otwartych miast, używania białej flagi czy okupacji wrogiego terytorium. Kolejne rozwiązania przyniosły Konwencje Genewskie, podpisane 12 sierpnia 1949 roku, stanowiące bezpośrednią odpowiedź na okrucieństwa II wojny światowej. Gdy zatem dziś zastanawiamy się nad tym czy Putin oraz przedstawiciele najwyższych władz Federacji Rosyjskiej staną przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, de facto pytamy o to, które z praw zostały złamane. Warto przy tym wspomnieć, że dochodzenie przeciw Rosji prowadził również Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ONZ (również mający siedzibę w Hadze), władny rozstrzygać spory między zwaśnionymi państwami.

Zbrodnie, jakich Rosja dopuszcza się w Ukrainie można wymieniać w kolejności popełnienia wedle alfabetu, czy też posługując się napawającymi przerażeniem liczbami. Miasta zrównane z ziemią, doprowadzone na skraj katastrofy humanitarnej, porwania ukraińskich polityków, działania zbrojne wymierzone wprost w ludność cywilną – w tym zabójstwa cywili, jakich rosyjska armia dokonuje nie tylko w nalotach bombowych czy podczas ostrzału ukraińskich miast, ale wprost na ulicy, gdy żołnierze strzelają do ludzi. Dalej: niszczenie szkół, szpitali, domów prywatnych, obiektów kultu religijnego, ale również tych o znaczeniu historycznych (chronionych osobną konwencją). Działania celowe, w żaden sposób niewymuszone tak zwaną koniecznością militarną. Działania powodujące „nadmierne cierpienie”, ukierunkowane na wyniszczenie kraju, ale też jego obywateli. Gdy dziś przyglądamy się wojnie w Ukrainie, to także broń, jakiej używa Rosja łamie zarówno przywołane powyżej konwencje (użycie broni termobarycznej czy chemicznej), zakaz używania broni konwencjonalnych powodujących nadmierne cierpienia lub nieodwracalne skutki (uzgodniony w Genewie 1980), jak i dalsze szczegółowe dokumenty, jak choćby podpisana w roku 2008 w Dublinie konwencja zabraniająca użycia bomb kasetowych.

Każda zbrodnia domaga się sprawiedliwości. Ta również przychodzi w „odpowiedniej” kolejności. I tak, tuż po rozpoczęciu inwazji Ukraina oskarżyła Rosję o nieuzasadnioną agresję. Federacja Rosyjska uzasadniała swój atak rzekomym ludobójstwem, jakiego Ukraina miała dopuszczać się na wschodzie kraju. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości rozpatrzył skargę Ukrainy na podstawie Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa (1948). W orzeczeniu z dnia 16 marca, podkreślając fakt, że strona rosyjska – łamiąc zasadę pokojowego rozwiązywania sporów – nie stawiła się na przesłuchaniu 8 marca, MTS określił rosyjską agresję na Ukrainie, jako nielegalną i wezwał do natychmiastowego zaprzestania działań wojennych. Co istotne orzeczenia wydawane przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości są wiążące i nie podlegają zaskarżeniu. Rosja przegrała. Inną jednak kwestią jest sądzenie samego Putina czy innych wysokich urzędników Federacji Rosyjskiej. Gdy dziś pytamy o to czy Putin „pojedzie do Hagi” – jakie zarzuty zostaną mu przedstawione – musimy mieć na uwadze kilka faktów. Warto nadmienić, że od roku 2016 Rosja nie jest stroną Rzymskiemu Statutowi. W praktyce oznacza to, że Putin nie może być ścigany za samo wywołanie wojny. Co istotne w całym „procesie” liczy się miejsce. Odkąd, bowiem Ukraina (2015) jest sygnatariuszem tegoż samego dokumentu, wyraziła zgodę na objęcie jej jurysdykcją Międzynarodowego Trybunału Karnego w trzech zakresach: gdy idzie o zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciw ludności i ludobójstwa. Innymi słowy, patrząc zarówno na używaną przez Rosję broń, na zachowania w stosunku do ludności cywilnej czy zniszczenia infrastruktury niemającej żadnego znaczenia militarnego, (co w praktyce oznacza popełnienie przywołanych wyżej zbrodni). Inną kwestią jest, że winę trzeba będzie udowodnić wskazując, że Putin (lub inny oskarżony) sprawował władzę nad dokonującymi zbrodni; że miał wiedzę o dokonywanej zbrodni oraz że nie podjął działań, aby zbrodni zapobiec/powstrzymać ją czy w końcu ukarać osoby bezpośrednio za nią odpowiedzialne. Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) rozpoczął już gromadzenie stosownych dowodów, na co dobitnie wskazuje aktywność prokuratora MTK, Karima Khana.

Na koniec: w przemówieniu z 6 marca, z dnia gdy Kościoły wschodnie obchodziły Niedzielę Przebaczenia, prezydent Zełenski odnosząc się do skali rosyjskiej zbrodni w Ukrainie mówił: „Nie wybaczymy setek i setek ofiar. Tysięcy i tysięcy cierpień. I Bóg nie wybaczy. Ani dzisiaj. Ani jutro. Nigdy. I zamiast przebaczenia będzie Dzień Sądu Ostatecznego”. Dziś możemy mieć nadzieję, że rosyjskich zbrodniarzy wojennych dosięgnie również i ludzka, międzynarodowa sprawiedliwość.

---

Magdalena M. Baran – doktor filozofii, historyk idei, publicystka; adiunkt w IFiS UP w Krakowie. Zajmuje się problematyką wojny, filozofią polityki, etyką rządu, zarządzaniem konfliktem. Autorka książek „Znaczenia wojny. Pytając o wojnę sprawiedliwą” (Biblioteka Liberté! 2018) oraz „Oblicza wojny (Arbitror 2019). Właśnie ukazała się jej nowa książka „Był sobie kraj. Rozmowy o Polsce” (Biblioteka Liberté!), w której z polskimi intelektualistami rozmawia o przemianach i wyzwaniach ostatnich 30 lat. Redaktor prowadzący miesięcznik „Liberté!”

Opinie

Tischner: człowiek o szerokich rękawach

Kłamstwo polityczne

Jak działa społeczeństwo obywatelskie?

Abecadło wojennych zbrodni

Bezpieczeństwo, wolność, jedność

Koniec epoki złudzeń

To Ziobro rozdaje dziś karty

(S)prawa Polek

Polskie firmy pod ścianą, a rząd udaje, że problemu nie ma

Nie ma Polski solidarnej, bez Polski przedsiębiorczej

Państwo bez mocy

Układ Warszawski bis

Prawdziwa skala drożyzny dopiero przed nami!

Czuły patriotyzm

Gdy zwycięzca nie bierze wszystkiego

Zapełnić pustkę w życiu i portfelu

Suwerenność i duma

Budzenie politycznego olbrzyma

Trzeba sobie łapy ubrudzić w ziemi

Szkoła Czarnka vs szkoła jutra

Wojna PiS o TVN, to konfrontacja z USA

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Czy Biden rozprawi się z podatkowymi rajami?

Liberalizm i solidarność