Czas szybko płynie i zaczyna do mnie docierać, że właśnie mija dziewięć lat od momentu, kiedy zaczęliśmy prace na planie mojego filmu "Jego oczami" o księdzu Tischnerze. Tischnera nigdy nie poznałem osobiście, ale pochodzę z Jeleśni, gdzie w 1955 roku miał zostać wikariuszem (ostatecznie do mojej miejscowości nie trafił), a potem studiowałem w Krakowie. O wielkim góralu z poczuciem humoru słyszałem więc sporo. Dodatkowo za każdym razem, gdy spotykałem proboszcza w naszej Jeleśni, miałem z tyłu głowy słynne słowa księdza profesora, aktualne do dziś: „W moim życiu filozoficzno-kapłańskim nie spotkałem nikogo, kto stracił wiarę po przeczytaniu Marksa, Lenina, Nietzschego. Na kopy można natomiast liczyć tych, którzy ją stracili po spotkaniu z własnym proboszczem. Jest to bardzo przykre zjawisko, kiedy lekarz zaraża chorego”.

Wszystko to spowodowało, że myśląc o moim pierwszym filmie dokumentalnym, zacząłem się wgłębiać w Tischnerowski świat, utrwalony na stronach kolejnych książek, ale również w zapisie wirtualnym. Setki wywiadów, rozmów, fotografii, materiałów filmowych ukazywały ekscytujące środowisko ówczesnej elity intelektualnej. Była blisko drugiego człowieka bez względu na jego poglądy polityczne, orientację seksualną czy prywatne relacje z Kościołem. Ten świat był niezwykły, bo jakże inny od tego, który na co dzień obserwowałem na szklanym ekranie, doświadczałem w relacjach z częścią kleru czy ludzi ze świata polityki. Wśród tych materiałów wiele dotyczyło działalności pana Kazimierza Tischnera, prezesa Stowarzyszenia „Drogami Tischnera”, a prywatnie brata księdza profesora. W pamięci utkwiło mi jego zdanie: „Mam wrażenie, że mój brat jest dziś nawet bardziej obecny niż kiedyś”. To ono przeważyło o mojej decyzji, że zrobię film o księdzu Tischnerze.

Jakby na jej potwierdzenie chyba tego samego dnia w archiwalnym numerze „Tygodnika Powszechnego” znalazłem komentarz redakcji po śmierci księdza profesora: „Mówiono, że nie ma już autorytetów. Mówiono, że nic już nie jest w stanie poruszyć Polaków do głębi. Musi się więc Ksiądz Profesor mocno dziwować, tam hen na niebiańskich halach, tym tłumom w Łopusznej, temu żalowi niesłychanemu w całej Polsce. Dotarło do nas, kogo naprawdę straciliśmy. Więc teraz możemy Cię tylko prosić, nasz Współredaktorze, byś wstawiał się w naszych sprawach u Najwyższego tak po prostu, czyli po góralsku”.

W 2012 roku zrozumiałem, jak bardzo, mimo upływu wielu lat, Tischner jest obecny wśród ludzi i że pan Kazimierz nie rzucił słów bez pokrycia. W filmie chciałem pokazać ślady zachowane po nim, także namacalne, wiele lat po jego śmierci, i to się udało. W budynku przy ulicy Kanoniczej, gdzie mieszkał, na domofonie był jeszcze napis „X J.T.”. W tym miejscu od lat mieszkał już ktoś inny, ale inicjałów nie usunął. W redakcji „Tygodnika Powszechnego” przy ulicy Wiślnej wśród drewnianych przegród na listy zachowana przegroda księdza Tischnera przypominała o jego obecności.

Po premierze filmu zaczęły spływać zaproszenia na kolejne spotkania. Setki ludzi chciały wspólnie porozmawiać o Tischnerze. Wtedy w pełni zrozumiałem, jak bardzo wyprzedzał swoją epokę.

Dawał sobie i innym prawo do szukania i błądzenia. Był ambasadorem wątpiących i tych, których inni księża dawno wykreślili ze wspólnoty. W jednej z książek o profesorze Relidze znajduje się przejmujący fragment dotyczący jego osobistych rozmów z księdzem Tischnerem.

Nie wierzy w Boga. Może dlatego nikomu nie zwierza się ze swoich rozmów z księdzem Józefem Tischnerem.

– Wie ksiądz, czasami patrzę w oczy pacjentowi i mówię, że go nie zoperuję. Wiem, że on umrze. Nie umiem powiedzieć, dlaczego potrafię to wyczytać, ale to prawda. Znam jego los i niestety to się sprawdza. Oczywiście jako lekarz kieruję się wskazaniami i przeciwwskazaniami. Jeżeli są wskazania, zwłaszcza życiowe, to ja się podejmuję operacji, ale proszę mi wierzyć, w momencie gdy patrzę w oczy i widzę w nich śmierć, ci ludzie zawsze umierają.

– Wierzy Pan w życie po śmierci?

– Miałem w Zabrzu pacjenta, leżał na oddziale pooperacyjnym. Wystąpiły u niego zaburzenia rytmu. Jego serce przestawało bić i jak mówimy w naszym żargonie, odjeżdżał. Trzeba go było cztery razy defibrylować, przywracać do życia. Mówił nam, że widział tunel z jasnością, która go przyciągała. Myślę, że w czasie śmierci klinicznej w mózgu zachodzą różne wyładowania elektryczne. Mózg zapamiętuje to w postaci jakiś obrazków, ale to jest moja interpretacja. Nie wierzę, że dusza wychodzi z ciała, stoi obok, patrzy, a potem wraca. Mam ze śmiercią do czynienia na co dzień i uważam to za niemożliwe. Może dlatego, że jestem niewierzący?

– Eeeee tam, gdzie pan jest niewierzący. Pan jest wierzący, tylko pan nie jest kościelny. Po co pan do mnie przyjechał?

– Ksiądz wie.

– Kościół nie potępia przeszczepów. Oddać komuś serce to największy wyraz miłości bliźniego. Ale dla wielu osób to trudne do przyjęcia. Nawet dla niektórych księży.

– Potępią mnie za to?

– Będę się za pana modlił.

Mniej więcej w tym samym czasie Adam Michnik wspominał: „Kiedy ludzie pytali ks. Tischnera, który był z Jackiem (red. Kuroniem) blisko, czy ten Kuroń jest aby wierzący, ks. Tischner odpowiadał: »Nieważne, czy Jacek wierzy w Boga, ważne, że Bóg wierzy w Jacka«”. Dziś bardzo brakuje księży, którzy dobitnie podkreślają, że w kościele jest miejsce dla każdego, i potrafią wejść w dialog z inaczej myślącymi, oparty na wzajemny szacunku i zrozumieniu.

Lata płyną, a my wciąż wracamy do jego kazań, nie tylko w książkach, ale i w życiu, bo pozostają aktualne. Na pogrzebie młodego reżysera Marcina Wrony do kazania Tischnera wygłoszonego na pogrzebie Krzysztofa Kieślowskiego nawiązał ksiądz Andrzej Luter. Nieraz wspominano piękne, uniwersalne słowa wygłoszone na pogrzebie nieodżałowanej pamięci Piotra Skrzyneckiego: „Dla mnie Piotr zawsze był wyrzutem sumienia, że za prozaicznie i nie dość poetycko żyję na tej ziemi”. Co roku przywoływane są słowa, które powiedział Jerzemu Owsiakowi na początku istnienia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy: „Proszę robić show, bez tego zbierze pan tyle, ile dziad pod kościołem”. Dziś widzimy, jak te słowa zmieniły się w ciało.

Ksiądz profesor trafnie podsumowywał bieżącą sytuację polityczną i społeczną oraz dokonywał dalekowzrocznych analiz. W jednym z tekstów dla „Polityki” Krzysztof Burnetko napisał:

Nie bez powodu przywoływał w końcu ostrzeżenie sformułowane przez Ericha Fromma, że ludzie chętnie uciekają od wolności i „sami, bez przymusu, wybierają sobie Hitlera”. Po czym komentował z goryczą: „Kiedy przed laty czytaliśmy tę książkę, mówiliśmy sobie: nie my. My, Polacy, umieraliśmy za wolność”. […] Jego zdanie o politykach: „Najbardziej niebezpieczny w życiu społecznym jest człowiek, który wpada do zimnej wody i nie zauważa, że jest zimno, albo wpada pod pociąg, a zdaje mu się, że jest pod ciepłą pierzyną. Dla takich ludzi propaganda i puste słowa są ważniejsze od tego, co widzą wokół siebie”.

Na moich spotkaniach autorskich, najpierw dotyczących filmu, a potem książki, często padało pytanie, dlaczego nie udało się podtrzymać zainteresowania wieloma innymi wybitnymi postaciami, choćby z kręgu „Tygodnika Powszechnego”. Powodów zapewne jest sporo i długo można by o nich dywagować. Uważam, że gdyby nie determinacja Kazimierza Tischnera, jego otwartość, pomysły, rozsądne gospodarowanie spuścizną po bracie itp., również ta pamięć słabłaby z każdym rokiem. Inny byłby też sens pytania: „Czego dziś uczy nas Tischner?”. Inny, bo to, czego możemy się od niego uczyć, nie dotarłoby do takich osób jak ja, czyli tych, które Tischnera nie poznały, nie mogą więc napisać jak Anna Karoń-Ostrowska: „Piszę jako świadek tamtych, papieskich i Tischnerowskich czasów, bo i ja »tam byłam, miód i wino piłam«”. Trzeba wypracowywać metody komunikacji z kolejnymi pokoleniami. Panu Kazimierzowi to się udało i oby udawało się jak najdłużej.

Trzeba też zaznaczyć, że ksiądz Tischner raz bardzo, ale to bardzo się pomylił. Widać to z perspektywy lat. Powiedział: „Po mnie nic nie zostanie, oprócz tych paru dowcipów – tym raduję się oczywiście – które Franek Gąsienica wymyśla, a ja, jak ten magiel, powtarzam”.

Nigdy nie przewidzimy, czy jakaś jedna myśl postaci wyprzedzającej swoją epokę nie skieruje naszego życia na inny tor.

---

Szymon J. Wróbel – reżyser filmów dokumentalnych, dziennikarz i pisarz. Autor filmu i książki "Jego oczami", które opowiadają historię księdza Józefa Tischnera.

Opinie

Szkoła Czarnka vs szkoła jutra

Wojna PiS o TVN, to konfrontacja z USA

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Czy Biden rozprawi się z podatkowymi rajami?

Liberalizm i solidarność

Agonia władzy

Jaka przyszłość NATO?

Czy stać nas na świat bez drzew?

Strategiczna cena ambicji Obajtka

Dlaczego młodzi odchodzą z Kościoła?

Rząd się kłóci, traci Polska

Sztuka mądrego życia 

Media pod butem rządu

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Podatkowy zawrót głowy

Polki w mediach

Dlaczego organizacje pozarządowe są ważne?

Czuły barometr naszych histerii i nadziei