Pięć powodów dlaczego polityka ministra Czarnka prowadzi do banalizacji katolicyzmu 

 

Minister edukacji Przemysław Czarnek chce być bardziej papieski od papieża. Dlatego nie myśli, jak sprawić, by rodzima szkoła dobrze uczyła nasze dzieci. Snu z powiek nie spędza mu to, jak sensownie przygotowywać młodych ludzi do życia w ryzykownym i niepewnym świcie. Minister edukacji, który – czasami mam takie wrażenie – bardziej przypomina parafialnego ministranta dwoi się i troi, aby w szkole były obowiązkowe lekcje religii, i co zrobić, by w tej samej szkole było „więcej treści katolickich i patriotycznych”. Pomysł ministra, który zdają się popierać również polscy biskupi, jest więc prosty: tam, gdzie dziś dzieci mogą wybierać, chodzić czy nie chodzić na religię należy wprowadzić obowiązek. Tam, gdzie możemy wprowadzić korektę dotyczącą kanonu lektur, trzeba wyrzucić Leszka Kołakowskiego, a wsadzić dzieła Jana Pawła II. Oczywiście ten pomysł jest równie prosty, co gwarantujący, że zmiany wprowadzane przez ministra Czarnka przyśpieszą i tak już galopujący proces sekularyzacji polskiej religijności – w szczególności wśród młodych ludzi. 

 

Zapytacie: skąd takie przekonanie?

 

Rok temu minęło 30 lat od chwili, kiedy nauczanie religii wróciło do szkół. Przy tej okazji biskupi pisali[1], że katecheza to integralny element nauczania publicznego. W roku 1990 biskupi wręcz zażądali powrotu religii do szkół. Rząd Tadeusza Mazowieckiego się zgodził. Bez społecznych konsultacji. Wbrew nielicznym wtedy głosom krytycznym. Później biskupi zażądali, by katecheci, podobnie jak nauczyciele, byli opłacani z państwowych pieniędzy. I w tej kwestii hierarchowie dopięli swego. A zatem: z punktu widzenia organizacyjnego i finansowego, Kościół otrzymał wszystko, co chciał, by nauczać religii, wychowywać w duchu chrześcijańskiej miłości młodych ludzi. Dziś rząd PiS chce, by lekcja religii nie była przedmiotem, który młodzi wybierają, ale by stała się ona obowiązkowa. To znaczy: młodzi będą musieli wybrać: albo religia, albo etyka. Czy zmuszenie młodych ludzi do tego wyboru sprawi, że zmieni się jakość nauczania religii? Nie, gdyż doświadczenie ostatnich 30 lat podpowiada, że źródło kryzysu jest gdzie indziej. I że przymus będzie skutkował jeszcze większym odrzuceniem religii. I to z kilku powodów. 

 

Po pierwsze dlatego, że nauczanie religii w obecnej formie jest nudne. Dlatego nie dziwi, że liczba uczniów chcących uczęszczać na religię ciągle spada[2]. W 2010 roku uczestnictwo w religii deklarowało 93% uczniów, w 2013 roku – 89%, w 2016 roku – 75 %, a w 2018 roku już tylko 70%. Lekcje przypominają nie tyle czas, gdzie przekazuje się wiedzę o religiach, ale uprawia tanie moralizatorstwo w duchu katolickiej teologii. Nie może więc dziwić, że uczniowie, jeśli religia jest w środku zajęć, najczęściej wykorzystują ją do odrabiania lekcji. Zresztą, wiecie to najlepiej, bo rozmawiacie ze swoim dziećmi. 

 

Po drugie, dla wielu katechetów, szczególnie księży, to przykry obowiązek. Wielu wikarych zaś – słyszę to nie od dziś – mówi, że nie po to zostawało księżmi, by przez 45 minut zabawiać się w opiekuna kilkunastu dzieci. Co innego, gdyby lekcja religii odbywała się w salce przy kościele, „Wtedy mógłbym – powiadają w prywatnych rozmowach – wprowadzić także elementy formacyjne”. I to jest prawda: nawet w opublikowanym  liście z okazji 30 lat religii w szkole biskupi piszą, że potrzebna jest także katecheza w salach przykościelnych. Katecheza, jako element katolickiej formacji. Miejsce, gdzie ludzie przychodzą, a nie są do tego przymuszani. Miejsce, gdzie Kościół przeprowadza swoją formację w ramach działalności duszpasterskiej.

 

Po trzecie: patrząc na jakość naszego życia publicznego, efekty nauczania religii katolickiej w szkole są znikome – znikome, jeśli myślimy o katolicyzmie jako religii miłości, współczucia, pojednania i solidarności. Krytycy powiedzą wręcz, że efekty tego nauczania są przeciwne do zamierzonych. Często przybiera ono charakter piętnowania ludzi, głoszenia nietolerancji czy odmawiania prawa do systemu wartości innego niż katolicki. Widzimy to gołym okiem na ulicach naszych miast. To dzisiejsi tzw. patrioci krzyczący „Bóg-Honor-Ojczyzna” uznawani są za sól tej ziemi. Zarazem nie przeszkadza im, by w imię Boga piętnować ludzi, poniżać, albo, jak miało to miejsce ostatnio, „hajlować” publicznie na manifestacjach w obronie… rodziny, do której to obrony zachęca ich Kościół. Ale czy może to dziwić, skoro jeden z czołowych polskich hierarchów na Jasnej Górze znów przekonywał[3] katolickich nauczycieli, że największym zagrożeniem dla polskiej szkoły jest LGBT i gender. Nie jakość nauczania katolickiego, nie słabość argumentów i życiowych postaw księży, ale ludzie młodzi ludzie, którzy chodzą z tęczowymi torbami.

 

Czy zatem lekcje religii należy usunąć ze szkół i  na powrót przenieść  do salek katechetycznych? Katechezę, która jest elementem formacyjnym, zdecydowanie. Ale w szkole winna zostać jedna godzina nauki o religiach. I mówię to z pełną świadomością. Dziś nie tyle groźne jest zderzenie fundamentalizmów religijnych, co zderzenie analfabetyzmów religijnych. Przedstawiciel innej religii, innego wyznania czy Kościoła jawi się jako obcy, szczególnie wtedy, gdy nic o nim nie wiemy. Albo, co gorsza, operujemy stereotypami. Przykładowo, że każdy muzułmanin to terrorysta. A każdy katolik to hipokryta.

 

Mamy zatem obowiązek przygotować młodych ludzi do życia w nowoczesnym, pluralistycznym i różnorodnym religijnie społeczeństwie. Tym bardziej, jeśli – co pokazują współczesne konflikty – nie ma pokoju między narodami, jeśli nie ma pokoju między religiami. A nie ma pokoju między religiami, jeśli nie ma między nimi dialogu. Dialog jednak mogą prowadzić tylko ci, którzy posiadają podstawową wiedzę.

 

Czy dodatkowo do szkół powinna wrócić obowiązkowa lekcja etyki/filozofii? Znajdą się tacy, którzy będą twierdzić, że to zbędna wiedza. Bo sądzą, że filozofia nie pomoże młodemu człowiekowi w kupnie samochodu albo nowej plazmy, ani tym bardziej nie wesprze go przy wypełnianiu PIT-u. Jaki jest więc sens zaprzątania mu głowy tym, że Eros – jak poucza w „Uczcie” Platon – jest synem biedy i dostatku? Cóż to za wierutne bzdury? Już na pierwszy rzut oka widać, że nauczanie filozofii musi przypominać zawracanie kijem Wisły. A jeśli tak, to czy może dziwić, że w Polsce edukację filozoficzną uznaje się za rodzaj ekstrawagancji, na który decydują się tylko nieliczni dyrektorzy szkół?

 

To błąd, który wszystkich nas dużo kosztuje. Filozofia dostarcza bowiem czegoś, czego nie nauczymy się na fizyce czy biologii. Uczy myślenia i intelektualnej pokory. A na tym powinno też zależeć Kościołowi. Przez dwa lata byłem nauczycielem filozofii. Widziałem, jak w trakcie edukacji filozoficznej uczniowie zaczęli dostrzegać, że są intelektualnymi spadkobiercami i dłużnikami Sokratesa, Platona czy Kanta. Szybko pojęli, że brak znajomości ich myśli czyni z nich intelektualnych analfabetów. Że nie można mówić bez zażenowania, iż jest się Europejczykiem, gdy zdradza się metodyczną ignorancję wobec klasycznych tekstów najwybitniejszych umysłów naszej kultury.

 

Zgłębiając tajniki myśli europejskiej, uczniowie widzą też, że nie tracą już czasu na otwieranie dawno otwartych drzwi. Bo okazuje się, że pewne kwestie zostały już dawno sformułowane i przedyskutowane. Historia filozofii pokazuje jak na dłoni, że nie wszystko zaczyna się od nas. Że idee, jakie młody człowiek w sobie czasami nosi, żyjąc w błogim przekonaniu, że gdy je ogłosi publicznie, to dokona odkrycia niemal na miarę Ameryki, są tylko owocem złudzenia wynikającego ze zbyt dobrego samopoczucia i niewiedzy. Inaczej mówiąc: filozofia zmusza młodego człowieka do intelektualnej pokory.

 

Jedno z najsłynniejszych zdań Sokratesa, które uczniowie z dziką namiętnością lubią przywoływać, brzmi: „Wiem, że nic nie wiem”. Stwierdzenia tego nie należy czytać tylko jako kurtuazyjnego sloganu. To myśl, która zrodziła się w filozofie z pokornego przyznania się przed samym sobą, że wciąż jeszcze ma wiele do przeczytania i jeszcze więcej do przemyślenia, by ewentualnie na końcu swej drogi zbliżyć się do prawdy. Jasne, że zawsze można wybrać drogę na skróty. Tyle że tak robią ci, którzy z ignorancji czynią cnotę. Programowo więc nic nie czytają, nie mówiąc już o tym, by skalali się jakimkolwiek głębszym namysłem.

 

Jeden z bliskich mi myślicieli św. Augustyn, powiadał: „Kochaj i rób, co chcesz”. Gdybym został poproszony o to, by dać jedną radę polskiej szkole i rodzimemu Kościołowi, to byłaby to parafraza słów św. Augustyna: „Szkoło, ucz myśleć i rób, co chcesz!”. A w ten sposób sprawisz, że ludzka bezmyślność i religijny analfabetyzm, który jest źródłem nieszczęść świata i wielu konfliktów, przestanie je pomnażać. Kościół powinien na takie rozwiązanie przystać, a pomysłów ministra Czarnka unikać jak diabeł święconej wody.

 

----

 

Jarosław Makowski - - filozof, teolog, publicysta, samorządowiec, miejski aktywista, szef Instytutu Obywatelskiego. Nakładem wydawnictwa Liberte! ukazała się jego nowa książka pt. „Kościół w czasach dobrej zmiany” (2021).

 

[1] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/komisja-wychowania-episkopatu-potrzeba-zarowno-szkolnych-lekcji-religii-jak-i/9x20f4p (dostęp: 10.05.2021)

[2] https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25201245,coraz-mniej-uczniow-chodzi-na-lekcje-religii-w-szkolach-to.html (dostęp: 10.06.2021)

[3] https://czestochowa.wyborcza.pl/czestochowa/7,48725,26229509,abp-jedraszewski-na-jasnej-gorze-ostrzegal-dyrektorow-szkol.html (dostęp: 10.06.2021)

 

 

 

Opinie

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Czy Biden rozprawi się z podatkowymi rajami?

Liberalizm i solidarność

Jaka Europa? Jakie NATO ?

Agonia władzy

Jaka przyszłość NATO?

Strategiczna cena ambicji Obajtka

Dlaczego młodzi odchodzą z Kościoła?

Media pod butem rządu

Polityka transferowa

Pozorna walka ze smogiem

Gorzki smak podatku cukrowego

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Polska bez smogu!

Polki w mediach

Dlaczego organizacje pozarządowe są ważne?

Czuły barometr naszych histerii i nadziei

Po co nam kultura?

Strach to uczucie poddanych, nie obywateli