W 72. rocznicę powstania NATO warto pochylić się nad jego obecną kondycją i perspektywą na przyszłość. Do wypisania właściwych recept konieczna jest kompetentna diagnoza. Dzięki przebazowaniu Donalda Trumpa do politycznego lamusa, można już się o nią pokusić. Jakie zatem wymagające intensywnej terapii symptomy zostawił po sobie?
 
Zapewne najważniejszą przypadłością byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych była alergia na wszelakie działania wspólne, które w jego mniemaniu miały uzależniać Waszyngton od trzeciorzędnych stolic i zmuszać do nieopłacalnych biznesowo zobowiązań. Na pierwszy ogień poszły więc negocjacje TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership) oraz klimatyczne porozumienia paryskie, a w ślad za nimi traktaty o otwartych przestworzach (Treaty on Open Skies) z 1992 roku oraz traktat z Federacją Rosyjską New START (New Strategic Arms Reduction Treaty). Nowy START (o dalszej redukcji i ograniczeniu ofensywnych zbrojeń strategicznych) został podpisany w 2010 roku przez ówczesnych prezydentów Baracka Obamę i Dmitrija Miedwiediewa. Zakłada znaczną redukcję pocisków i głowic nuklearnych po obu stronach. Pozwala też na wzajemne inspekcje. Dopiero po wyborze prezydenta Joego Bidena, w lutym 2021 roku Stany Zjednoczone i Rosja podjęły decyzję o przedłużeniu układu na pięć lat.
 
W ramach sukcesywnego wycofywania Stanów Zjednoczonych z multilateralnego porządku światowego pod nóż poszła UNRWA (United Nations Relief and Works Agency for Palestine Refugees in the Near East), a później zupełnie „niewinne” organizacje, jak Rada Praw Człowieka ONZ i UNESCO. „Najśmieszniejsze” było rozstanie z World Health Organization. Trump oskarżał Światową Organizację Zdrowia o niekompetencję, zastanawiając się równocześnie, czy zastrzyki ze środków wybielających i dezynfekujących, służących do zabijania wirusa na klamkach, mogą tak samo zadziałać wewnątrz organizmu człowieka.
 
Brak tolerancji dla wielostronnych rozwiązań Trump dzielił z Putinem. Ten także źle znosi dialog z silnymi związkami państw (pierwszą i ostatnią wizytę w siedzibie UE złożył przed dwudziestu laty; zakończyła się awanturą podczas konferencji prasowej), przedkładając nań stosunki bilateralne, które mają szkodzić „wrogim sojuszom”. Używał już do tego celu Włoch, Turcji i Węgier, ingerował w europejskie elekcje, np. we Francji, czy aktywnie grał na rozpad Unii Europejskiej (brexit). W Polsce PiS, pełen antyrosyjskiej retoryki, w istocie realizuje kremlowską strategię.
 
Ku zadziwieniu świata Trump wziął również za wroga Unię Europejską; osłabiał ją bez skrupułów, przy otwartej kurtynie. Nie krył szczerej radości z brexitu, Angeli Merkel nie chciał podać ręki, a do Berlina wysłał ambasadora Richarda Grenella, szczerze zapowiadającego wsparcie dla europejskich sił ultrakonserwatywnych i antysystemowych.
Prezydentura Trumpa była zresztą punktem zwrotnym w relacjach amerykańsko-niemieckich. Proces konfliktowania Waszyngtonu i Berlina wzmacniały kwestie gospodarcze związane z niemiecką nadwyżką w handlu z USA, a wreszcie podważanie znaczenia NATO. Trump chciał zmniejszyć amerykański wkład do budżetu Sojuszu z 22 do 16 procent. Dla porównania - składka Niemiec to prawie 15 procent budżetu NATO.
 
Decyzja o wycofaniu części żołnierzy USA z Niemiec zapadła w dniu rozpoczęcia manewrów "Allied Spirit", fragmentu największego od trzydziestu lat ćwiczenia NATO "Defender Europe ’20". Generał Benjamin Hodges były dowódca US Army w Europie, skwitował ją krótko: „Kreml w żaden sposób nie zasłużył na taki prezent”. Wielkość kontyngentu USA w Europie jest ważna, lecz drugorzędna wobec najważniejszej wartości NATO, jaką jest decyzyjna spójność polityczna w obliczu zagrożenia. Decyzja Trumpa dramatycznie ją obniżała. 
 
Doprawdy trudno się dziwić, iż w takiej sytuacji alianci poczęli rozglądać się nerwowo za medycyną alternatywną. Emmanuel Macron rozpoznał „śmierć mózgową NATO”. Diagnoza prezydenta Francji postawiła pod znakiem zapytania gwarancje bezpieczeństwa i solidarność, a więc – istotę Sojuszu. Terapię zaordynował zaiste szokową: nowa architektura bezpieczeństwa w Europie powinna opierać się na Paryżu i Berlinie, ale w partnerstwie z Rosją. Taki układ miałby stać się równorzędnym do rozmów z USA z jednej strony i Chinami z drugiej.
 
Pojawiły się również informacje o łotewsko-estońskim PLANIE B, alternatywnym dla gwarancji NATO. Miał on dotyczyć także Litwy i Finlandii. Dlaczego? Bo USA zagrożenie widziały nie w Rosji, ale w Chinach. Było to zaraz po decyzji prezydenta USA o wypowiedzeniu braterstwa broni Kurdom z Ludowych Jednostek Samoobrony YPG (pięć lat stały na czele koalicji walczącej z kalifatem). Zdrada Kurdów poważnie podważyła wiarygodność sojuszniczą USA.
 
W maju 2018 roku Trump zerwał umowę JCPOA (Joint Comprehensive Plan of Action) z lipca 2015 roku, której istotą było zniesienie sankcji USA, UE i ONZ w zamian za ograniczenie programu nuklearnego Iranu. Wzbudził tym najpierw konsternację, a później otwarty spór z europejskimi sygnatariuszami porozumienia, w tym z Unią Europejską.
 
Prezydent Joe Biden, od pierwszych dni urzędowania, począł usuwać amerykańskie patogeny ze światowego krwiobiegu. Szybkość i łatwość amputacji nowotworów z amerykańskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa jest zastrzykiem optymizmu dla polskiej opozycji. Okazuje się bowiem, że nie jest to wcale takie trudne. Inna rzecz, że wprowadzanie w życie militarnych dyrektyw Trumpa opóźniało na szczęście dowództwo amerykańskich sił zbrojnych, a wcześniej światły sekretarz obrony James Mattis.
 
Tymczasem Europa była już w takiej gorączce, że nie potrafiła odstawić zbędnych leków mimo zmiany gospodarza Białego Domu. Prezydent elekt prosił, by wstrzymać się z sięganiem po nowe medykamenty do czasu jego zaprzysiężenia. Jednak Unia Europejska podpisała w grudniu 2020 roku (forsowaną przez Paryż i Berlin) umowę inwestycyjną z Chinami. Nie było to bynajmniej niedopatrzenie.
 
A przecież chińska strategia budowana jest na dwóch paradygmatach: Stary Kontynent, choć jeszcze mocny gospodarczo, jest nierozgarnięty, jeśli chodzi o współdziałanie polityczne. Ergo: stanowi teren dość podatny na inwazję ekonomiczną dzięki rozbieżnościom ideowym.
Xi Jinping powiela taktykę Putina, orientując się na najsilniejsze stolice: Paryż i Berlin. W ich cieniu Polska i Węgry rywalizują (budując ogromne terminale kolejowe), przez który kraj będzie do Europy wjeżdżał nowy Jedwabny Szlak, podczas gdy Stany Zjednoczone naciskają na europejskie stolice, by zablokowały ofensywę koncernu Huawei; szczególnie jego udział w obsłudze technologii 5G.
 
Tylko prezydent Czech Milosz Zeman obok Andrzeja Dudy wziął udział w lutowym szczycie Chin z krajami środkowej Europy (17+1). Pozostali posadzili przed monitorami drugo- i trzeciorzędny garnitur – ministrów i ambasadorów. Czy oznacza to, że władze PiS, wobec załamania stosunków z USA, szukają w Pekinie strategicznego sojusznika? Oficjalnie piwot na Pekin nazwano już „wielowektorowością” polityki zagranicznej. Całkowita wymiana hegemona wydaje się na szczęście mało realna. Chociaż w miarę nasilania krytyki z Waszyngtonu dotyczącej rozbratu władz PiS z praworządnością i demokracją owa myśl może zaświtać w głowach rządzących. Nie takimi nonsensami już nas zaskakiwali.
 
Stosunek do Chin będzie miernikiem wiarygodności powrotu USA do polityki wartości. Jeżeli deklaracje Bidena są szczere, Waszyngton będzie musiał wspierać Ujgurów i Tybetańczyków, stanąć w obronie demokratów w Hongkongu oraz szykować się do wojny o Tajwan.
Podczas pierwszego spotkania prezydenta Bidena z Xi, na Alasce, Amerykanie faktycznie zapowiedzieli, iż zawsze będą piętnować szykany wobec Ujgurów, straszenie Tajwanu, łamanie praw człowieka w Tybecie, represje w Hongkongu i ataki hakerskie. W odpowiedzi usłyszeli, by zanim zaczną strofować Chiny, zajęli się jakością własnej demokracji, która ma wiele deficytów.
 
Równocześnie prezydent Stanów Zjednoczonych nie pozostawił wątpliwości, jaki jest jego stosunek do Moskwy. Celowo doprowadził do „bezprecedensowej awantury” wypowiedzią, „na którą nie pozwalał sobie dotąd żaden z prezydentów USA”, nazywając Putina „zabójcą bez duszy”. Pytany, co w takim razie zamierza uczynić, Biden rzucił: „Wkrótce zobaczycie”. Opozycja demokratyczna w Polsce liczy na to, że ta twarda postawa nowej administracji amerykańskiej będzie kontynuowana.
 
W epoce Trumpa nie wyeliminowano żadnego ze strategicznych zagrożeń. Charakterystyczne, że tylko część z nich dotyczy bezpośrednio Stanów Zjednoczonych, a wszystkie – Europy. Można wręcz stwierdzić, iż były prezydent USA sprzyjał pogorszeniu środowiska strategicznego Unii Europejskiej. Zagrożenia są liczne: rosnąca asertywność mocarstw regionalnych, konflikty zbrojne na wschodnich i południowych granicach UE, niestabilne państwa w sąsiedztwie, terroryzm, a zwłaszcza dżihadyzm, cyberataki i kampanie dezinformacyjne, zagraniczne ingerencje w europejskie procesy polityczne oraz wybory, kwestionowanie porozumień o nieproliferacji broni masowego rażenia, zaostrzenie konfliktów regionalnych, niekontrolowane migracje, kłopoty z dostawami energii, zależności energetyczne, rywalizacja o zasoby naturalne, rozwój przestępczości zorganizowanej, osłabienie dążeń do rozbrojenia oraz zmiany klimatyczne.
 
Nowe potęgi gospodarcze realizują (potencjalnie destabilizujące) ambicje globalne i regionalne, zagrażające pokojowi w europejskim sąsiedztwie. Światowa zmiana konfiguracji ułatwia przejmowanie władzy przez autorytarnych przywódców oraz powstawanie podmiotów niepaństwowych stosujących przemoc. UE jest słaba w światowym układzie sił i konkurencji geopolitycznej z braku jedności członków. Istnieje wręcz ryzyko, że Europa znajdzie się na marginesie globalnej sfery decyzyjnej.
 
Schizofreniczna polityka Trumpa sprawiła na szczęście, że NATO na serio zabrało się do przeglądu stanu własnego bezpieczeństwa i zaczęło rzetelną analizę możliwości obronnych. To już nie są zaklęcia szamanów z przeszłych dekad, jak choćby to o konieczności współpracy z Unią Europejską. Zaraz po kolejnym szczycie jednego czy drugiego sojuszu zapominano o deklaracjach. Notyfikacja była dla wszystkich istotna, natomiast realizacja mniej.
 
Signum temporis nowej polityki jest ewolucja ośrodków inicjujących reformy. Coraz częściej nie są to już kraje członkowskie UE i poszczególni alianci w NATO. Inicjatorem progresywnych zmian stały się obie organizacje. I tak podczas szczytu Sojuszu w 2019 roku w Londynie sprzymierzeńcy dali się przekonać, że zagrożenia definiowane są à la carte. Każdy dorzucał własne: terroryzm, imigracja, destabilizacja sąsiadów czy wręcz ich fizyczny rozpad, ataki cybernetyczne, przemyt narkotyków, kurdyjska partyzantka, irański szantaż atomowy, chiński imperializm, rosyjski militaryzm czy wreszcie zmiany klimatyczne. Pożytek z tej sałatki był taki, że każdy z liderów po powrocie do kraju mógł się pochwalić swojej publiczności, iż jego postulat został wpisany na listę zagrożeń. Fakt, że w niczym nie przybliżało to usunięcia niebezpieczeństwa, miał znaczenie drugorzędne.
 
W końcu doszło do refleksji, że wobec strukturalnego deficytu politycznej wspólnoty wartości, a co za tym idzie – zaufania, atlantycka więź aksjologiczna stanęła nad przepaścią. Oczywiście w Londynie również padło liturgiczne zaklęcie, że „szczyt potwierdził polityczną jedność Sojuszu”. Zdecydowano się wszak na krok istotniejszy; zwołanie konsylium do diagnozy chorób i wypisania recept.
 
Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO, natychmiast zrealizował (własny) pomysł na intelektualną analizę gwałtownych zmian środowiska strategicznego, powołując 31 marca 2020 roku grupę refleksyjną złożoną z dziesięciu polityków-ekspertów. Mechanika owego procesu miała wzmocnić polityczny wymiar przymierza. Raport "NATO 2030: United for a New Era" był gotowy już 25 listopada 2020, a 1 grudnia 2020 roku zaprezentowano go alianckim ministrom spraw zagranicznych. Czemu zawdzięczać bezprecedensową dynamikę, słabo kojarzącą się z tytułem „grupa refleksyjna”? Przyczyn było kilka. Zespół był niewielki, większość deficytów była doskonale znana, a potrzeba pilna. Przyjęto nieformalne i ukryte założenie, że czas prezydenta Trumpa dobiega końca, więc warto na biurku jego następcy położyć gotowy program, oparty na wiernym ideałom założeniu, iż NATO musi być sojuszem wartości transatlantyckich.
 
Prezydent Biden z satysfakcją przyjął zasadnicze przesłanie raportu, doskonale współbrzmiące z jego pomysłami. A zatem „Sojusz ma być platformą obrony demokracji”. By utrwalić gwarancje z artykułu 5, alianci powinni wzmacniać wspólne wartości: wolności osobiste obywateli oraz rządy prawa. Zapis ten koresponduje z projektem Białego Domu o zwołaniu światowego kongresu demokracji.
 
Nowe zagrożenia wymagają nie tylko nowych zdolności, ale też wbudowania w ten proces demokratycznych wartości i norm. Powrót do pakietu demokratycznego, nawet przy uwzględnieniu strategicznych aspektów bezpieczeństwa, jest w istocie przewrotem kopernikańskim. Szczególnie w przypadku USA to radykalne odejście od refleksów dawnych strategii Roberta McNamary oraz Henry’ego Kissingera (doktorat z Metternicha), kiedy to powstrzymywaniem światowego komunizmu uzasadniano wspieranie dyktatorów, opisywanych jako „nasze skurwysyny”.
 
Wydaje się zatem, iż w NATO skutecznie przezwyciężono alternatywę: wspólnota wartości czy interesu? Pamiętajmy, że to zarówno gwarancje bezpieczeństwa, jak i demokratyczne wartości były magnesem przyciągającym do Sojuszu kraje wyzwalające się z komunistycznych dyktatur. Gdyby był to tylko „pierwiastek potrzeb wojskowych”, aliansu nie byłoby już dawno temu.
 
Skoro aksjologię postawiono na równi ze strategią, pojawił się dylemat: co zrobić z tymi aliantami, którzy świadomie porzucili etos liberalnej demokracji na rzecz autorytaryzmu Sprostanie celom nowego NATO będzie wyzwaniem dla tych, którzy dopuszczają do łamania fundamentalnych norm lub łamią je na własne życzenie.
 
W raporcie "NATO 2030" napisano wprost, iż należy powołać instytucje ochrony procesów demokratycznych. Alianci powinni: wzmocnić mechanizmy konsultacji, powstrzymywać się od blokowania wspólnych decyzji oraz informować o relacjach z państwami trzecimi. Będzie to jednoznacznie służyć wzmocnieniu zdolności i przyspieszeniu procesu decyzyjnego, jak również przywróceniu znaczenia obronie kolektywnej; również w zakresie odstraszania nuklearnego oraz reagowania na zagrożenia hybrydowe i terrorystyczne.
Za diagnozą pojawiły się recepty. Sekretarz generalny NATO powinien mieć większe uprawnienia decyzyjne. Ministrowie obrony i spraw zagranicznych powinni spotykać się częściej.
 
Uznano, że po agresji na Ukrainę nie ma powrotu do partnerskich relacji z Moskwą, która pozostanie głównym zagrożeniem wojskowym do 2030 roku. Sankcje powinny być wzmacniane, a nie tylko utrzymywane. Wśród innych rekomendacji znalazł się zapis o imperatywie stabilizacji regionów wpływających na bezpieczeństwo NATO (Afryka i Bliski Wschód).
 
Owa notacja jest dobrym przykładem konieczności uzgadniania celów strategicznych między NATO a UE. Dla sojuszu militarnego zagrożeniem są Rosja i Chiny przybliżające się do jego granic w Europie Wschodniej, na Morzu Śródziemnym i w Arktyce. Tymczasem przymierze cywilne, jako się rzekło, zachęca Pekin do inwestowania w Europie, a wobec agresywnej polityki Kremla stosuje tylko ograniczony reżim sankcyjny.
 
By uruchomić potężne rezerwy siły drzemiące we współpracy, obie organizacje muszą się wspierać i unikać dublowania zadań. Trzeba rozwijać unijną politykę obronną wzmacniającą zdolności NATO. Dlaczego możemy wziąć ten postulat za nową jakość? Zapowiedziano bowiem, iż każdy szczyt NATO powinien być spotkaniem z władzami UE. Konieczne jest powołanie jednostki łącznikowej. Na każdym szczeblu obu organizacji powinny pojawić się komórki do bieżącego uzgadniania wspólnych akcji i reakcji. Z przedstawionego raportu powiało optymizmem. Teraz czas na wprowadzenie w życie jego idei. Winny one znaleźć się w nowej "Koncepcji strategicznej", która zastąpi dotychczasową, lizbońską, sprzed jedenastu lat. Jeśli tak się stanie, to ten nowy impuls stanie się oficjalną busolą Sojuszu na co najmniej dekadę. Opozycja demokratyczna w Polsce trzyma za to mocno kciuki.
 
---
 
Bogdan Klich - przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych i Unii Europejskiej w Senacie RP.

Opinie

Gdy zwycięzca nie bierze wszystkiego

Zapełnić pustkę w życiu i portfelu

Suwerenność i duma

Budzenie politycznego olbrzyma

Trzeba sobie łapy ubrudzić w ziemi

Szkoła Czarnka vs szkoła jutra

Wojna PiS o TVN, to konfrontacja z USA

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Liberalizm i solidarność

Jaka Europa? Jakie NATO ?

Agonia władzy

Jaka przyszłość NATO?

Czy stać nas na świat bez drzew?

Sztuka mądrego życia 

Media pod butem rządu

Polityka transferowa

Pozorna walka ze smogiem

Gorzki smak podatku cukrowego

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Podatkowy zawrót głowy