• Ceny energii w Polsce sukcesywnie rosną.
  • Rząd Zjednoczonej Prawicy planuje zlikwidować tak zwane obligo giełdowe, które zapewniało transparentność ustalania cen i utrudniało dotowanie nierentownych spółek górniczych.
  • Kolejny raz za ratowanie branży górniczej mają więc zapłacić polskie firmy i gospodarstwa domowe.
  • Propozycja PiS utrwala przestarzały model energetyki i uderza w transformację zmierzającą w kierunku niskoemisyjnych źródeł energii, tym samym oddalając perspektywę neutralnej klimatycznie Polski.

 

Ceny energii elektrycznej są w centrum zainteresowania każdego rządu – chodzi bowiem o towar niezbędny dziś dla każdej działalności gospodarczej i każdego gospodarstwa domowego. Od czasów rządów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii pomysłem na tanią energię jest rynek, czyli konkurencja między producentami a firmami sprzedającymi prąd. Skandynawia do pomysłu brytyjskiego dodała giełdę jako miejsce, gdzie ustala się cenę energii na każdą godzinę i każdy dzień (zarówno popyt, jak i podaż energii charakteryzują wyraźne wahania godzinowe i dobowe). Dzięki koncentracji popytu i podaży na parkiecie giełdowym wszyscy producenci i odbiorcy mają jasny obraz konkurencyjności ofert i wiedzą, czy nie przepłacają. Tym samym ceny dla odbiorców końcowych (czyli dla firm i gospodarstw domowych) są po prostu niższe. Ten sam mechanizm, który sprawia, że nie przepłacamy za zakupy spożywcze (konkurencja), działa również na rynku energii.

Także Polska ma giełdę energii (TGE) – aktualnie spółkę zależną Giełdy Papierów Wartościowych. Polski sektor energetyczny długo nie chciał przyjąć rozwiązań rynkowych. Dominowało podejście do klienta rodem z PRL. W obliczu gwałtownego wzrostu cen prądu rząd PO-PSL zdecydował się na wprowadzenie obliga, czyli przymusowej sprzedaży przez elektrownie części (30%) produkcji poprzez giełdę. Dlaczego? Miało to tworzyć konkurencję na rynku i tym samym obniżać ceny prądu. Skutki regulacji przerosły oczekiwania jej inicjatorów – ceny hurtowe spadły mniej więcej o 20%, czyli niemal tyle, o ile wzrosły w ciągu dwóch ostatnich lat rządów Zjednoczonej Prawicy. Wytworzył się dojrzały rynek, dostawców zmieniały zarówno wielkie firmy energochłonne, jak i odbiorcy komunalni. Po energii elektrycznej przyszedł czas na gaz ziemny. Powołany w 2012 roku na TGE rynek gazu był zaczątkiem liberalizacji również tego sektora.

Po przejęciu władzy przez PiS zaczął się znany także z innych sektorów gospodarki proces odwrotu od rynku. Na pierwszy ogień poszedł rynek gazu. Wprowadzenie obowiązkowych rezerw gazu zmiotło z rynku niezależnych dostawców. Z energią było niewiele lepiej. Słynna ustawa odległościowa (10H) zahamowała rozwój energetyki wiatrowej; w ramach „polonizacji” spółki Skarbu Państwa odkupiły od zagranicznych inwestorów elektrownie węglowe Rybnik i Połaniec za cenę zdaniem analityków znacznie przekraczającą ich wartość. Konfrontacja tych posunięć z rewolucją technologiczno-organizacyjną, jaka dokonała się w światowej energetyce, i wymogami klimatycznymi szybko przyniosła opłakane skutki. Według najlepszych PRL-owskich wzorców chciano niekontrolowany wzrost cen energii powstrzymać rekompensatami dla odbiorców indywidualnych i… podwyższeniem wspomnianego obliga do 100%. Rząd PiS uwierzył, że wzrost udziału giełdy w handlu nie wystarczy, by ceny spadły. Nie zauważył, że istotą problemu było zapóźnienie technologiczne energetyki i zredukowanie konkurencji na rynku.

Po kolejnych dwóch latach sytuacja w sektorze wcale nie wygląda lepiej. Jedynym światełkiem dla odbiorców jest gwałtowny spadek cen instalacji fotowoltaicznych. Pozwolił około trzystu tysiącom gospodarstw i małych firm zredukować koszty energii poprzez instalowanie własnych mikroelektrowni. Jest to dziś rozwiązanie dla właścicieli nieruchomości, których stać na inwestycję. Osoby mniej zamożne, mieszkańcy domów wielorodzinnych, a przede wszystkim przedsiębiorstwa, są skazani na wyższe rachunki. Problemy „dużej” energetyki dzięki działaniom PiS nie zmalały, wręcz wzrosły. Upadająca branża węgla kamiennego ciągnie elektroenergetykę na dno i wkrótce znów będzie się domagała pomocy państwa.

W tych okolicznościach i dla zaprezentowania wzburzonym działaczom górniczych związków jakichkolwiek pomysłów rząd postanowił mieszać herbatę w drugą stronę i proponuje, by… znieść obligo giełdowe. Trwają społeczne konsultacje zmian w prawie energetycznym. Rząd posługuje się argumentacją podobną do tej, z jaką poprzednio podniósł obligo do 100%.

„Przygotowaniem artyleryjskim” do tej zmiany była notatka ze spotkania górniczych związkowców z przedstawicielami rządu, na którym potwierdzono konieczność odejścia od obliga giełdowego w celu redukcji importu energii (TGE realizuje program wspólnego rynku energii i można na niej kupować importowaną energię).

Dla ekspertów rynku było jasne, że dopóki na rynkach ościennych energię można kupić taniej (polski rynek hurtowy energii jest dziś najdroższy w Europie), import nie zmaleje. Oferty z innych giełd europejskich będą wszak nadal wpływać do TGE, a zmniejszenie wolumenu zleceń kupna od państwowych spółek energetycznych może spowodować dalszy spadek cen giełdowych i, co za tym idzie, potencjalne oskarżenia pod adresem PGE czy Tauronu, że redukując zakupy z giełdy, działają na szkodę akcjonariuszy (a przecież są spółkami giełdowymi).

Po kilku miesiącach od sporządzenia notatki rząd udostępnił projekt ustawy o zniesieniu obliga giełdowego i jego uzasadnienie. Ledwie zająknął się na temat importu i jego zgubnych skutków. Nie ma tam nic o spekulantach ani podstępnych sąsiadach wciskających nam dotowaną energię.

Uzasadnienie jest dziecinnie proste: znosimy obligo, bo możemy. Dodatkowo rozpisano się o przewagach handlu dwustronnego nad giełdowym (swoboda kształtowania kontraktów, niższe koszty zabezpieczeń dla zaufanych kontrahentów itd.). Te zalety są powszechnie znane i leżały u podstaw pierwotnego kształtu obliga. Prawdopodobnie urzędnicy, którzy szykowali uzasadnienie, byli autorami także poprzedniego, o konieczności wprowadzenia 100% obliga. Wtedy wyczerpali argumenty przemawiające za giełdą (przejrzystość i obiektywizm procesu kształtowania cen, równy dostęp do rynku, łagodzenie siły rynkowej), więc tym razem mogli bez żenady wykorzystać dokładnie odwrotną argumentację.

Cała ta zabawa grozi opłakanymi skutkami. Część z nich widać gołym okiem, po część należy sięgnąć wzrokiem dalej i głębiej. Otwiera się puszkę Pandory – są w niej zawyżone kontrakty dla górników na węgiel i wynikające z nich zawyżone umowy na zakup energii ze spółek wytwórczych do sprzedażowych (wewnątrz tych samych koncernów). Następnie spółka sprzedażowa dostarcza energię odbiorcom komunalnym i… występuje o rekompensatę za straty spowodowane sprzedażą poniżej kosztów. Oczywiście całość operacji funduje polski podatnik. Prawdziwe intencje projektu zdradza skandaliczna propozycja przepisu przejściowego, który unieważnia już zawarte przez TGE umowy długoterminowe, o ile ich stronami są podmioty z tych samych grup.

Widać zatem wyraźnie, że projekt PiS-u zmierza w kierunku dalszej „czebolizacji” polskiej energetyki, zmniejszenia konkurencji oraz ograniczenia roli rozwiązań prosumenckich.

Paradoksalnie, jeśli polski rząd chce kontrolowanego zamykania branży węgla kamiennego przy wsparciu środków unijnych, nie powinien znosić obliga, bo musi przekonać KE, że ewentualne wsparcie dla kopalń odbywa się w sposób przejrzysty, a nie poprzez manipulacje cenami energii.

Z drugiej strony rzeczywiście warto pokusić się o refleksję, czy pełny nakaz sprzedaży energii poprzez giełdę ma rację bytu w sytuacji, gdy wokół nas całkowicie zmienia się struktura tego sektora. Coraz większą rolę będą w nim odgrywać mniejsi wytwórcy OZE, powstaną lokalne rynki energii i elastyczności.

Drogą do zmiany nie może być jednak podejmowanie decyzji na podstawie fałszywych argumentów, wywracanie z dnia na dzień kołami do góry całego rynku energii w Polsce, podważanie zaufania do procesu stanowienia polskich cen energii, a finalnie prawdopodobne pogrzebanie instytucji, która przez dwadzieścia lat istnienia odegrała kluczową rolę w budowaniu rynków towarowych w Polsce. Ministerstwo Klimatu powinno zatem podjąć uczciwy dialog na temat organizacji rynku energetycznego, włączyć do niego przede wszystkim odbiorców, wytwórców, ekspertów i przedstawicieli Komisji Europejskiej. Należy dążyć do wypracowania modelu rynku wspierającego sprawiedliwą i szybką transformację sektora w kierunku neutralności klimatycznej, przy jednoczesnym zapewnieniu dostępu klientom (i producentom) do transparentnego mechanizmu stanowienia cen. Czy w tym modelu wciąż jeszcze będzie miejsce na przymus giełdowy? Większość ekspertów uważa, że tak. Warto natomiast rozmawiać o tym, jaki miałby być jego wymiar i kogo miałby dotyczyć. Przykładowo, można by wrócić do pierwotnej wersji.

Model rynku powinien naszym zdaniem zmierzać w stronę malejącej roli państwa, rosnącej roli prosumentów oraz bezwarunkowego i płynnego odejścia od spalania paliw kopalnych. Bez spełnienia tych warunków kluczowy dla nas i dla przyszłych pokoleń cel neutralnej klimatycznie Polski w roku 2050 nie zostanie osiągnięty.

---

Grzegorz Onichimowski

Andrzej Domański

Opinie

Media pod butem rządu

Polityka transferowa

Pozorna walka ze smogiem

Gorzki smak podatku cukrowego

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Polska bez smogu!

Polki w mediach

Dlaczego organizacje pozarządowe są ważne?

Czuły barometr naszych histerii i nadziei

Po co nam kultura?

Strach to uczucie poddanych, nie obywateli

Emocje i obowiązki