Największym problemem polskiej polityki jest jej konserwatyzm, w sensie zachowawczości i preferowania utartych szlaków. 

 
„Klasa polityczna” w Polsce stanowi od wielu lat obieg niemalże zamknięty, do którego wedrzeć się jest trudno, a wypaść z niego z kolei nie aż tak znowu bardzo łatwo. Zwykle jest to charakterystyczne dla bardzo trwałych, praktycznie wykutych w kamieniu systemów partyjnych, które trwają całe dekady, sprawnie alternując układy koalicyjne u władzy i w opozycji. Przez długi czas drugiej połowy XX w. taka była rzeczywistość większości krajów zachodniej Europy. Polski system partyjny podlega jednak znacznej dynamice przemian. Tymczasem wymiana personelu politycznego jest co najwyżej punktowa, zaś zmiana pokoleniowa niesłychanie wręcz opóźniona. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, jedną z najistotniejszych na pewno jest kultura funkcjonowania polskich partii politycznych, która zniechęca ludzi z pomysłami na zmianę, ale nieosadzonych w sieci istniejących kontaktów i wpływów (czyli po prostu bez znajomości w obecnej polityce), aby w ogóle poświęcać czas i angażować się działalność partyjną (pokłosiem tego jest negatywna selekcja kadr partyjnych i ich, w europejskich porównaniach, mikroskopijna wręcz liczebność).

Niewątpliwie istotną przyczyną jest także sposób realizacji procesu tworzenia nowych partii politycznych. Każda z nich stanowi teoretycznie furtkę otwierającą system i naturalną drogę dla ludzi dotąd spoza obiegu, aby się doń wedrzeć w relatywnie krótkim czasie bez potrzeby wieloletniego układania się w sieci zacementowanych koterii i frakcji. Niestety znane z „Rejsu” przeświadczenie, iż statystyczny Polak lubi te melodie, które już słyszał, powoduje, że także nowe inicjatywy polityczne oglądają się na możliwości oparcia swojej siły o tzw. znane nazwiska już aktywnych polityków. Rezultatem jest ograniczenie szans dla aktywistów o „świeżej krwi” i orientacja na prowadzenie „polityki transferowej” kosztem starszych i konkurencyjnych partii.

Praktyka opierania się przy tworzeniu „nowych projektów” na politykach z dorobkiem (i bagażem) liczy sobie co najmniej 20 lat. To wtedy, pokolenie temu (w sensie demograficznym, gdyż w polskiej polityce zmiana pokoleniowa w międzyczasie nastąpiła co najwyżej częściowo) nastąpiło globalne przekształcenie znacznych połaci systemu partyjnego i przez masowy exodus polityków aktywnych już przez całą wcześniejszą dekadę z partii „starych” do „nowych” powołano do życia dwie partie, które w krótkim czasie zajęły miejsca dwóch największych ugrupowań politycznych w Polsce i zachowują je po dzień dzisiejszy.

Były to równocześnie dwa jedyne przykłady udanego (trwałego) zbudowania partii politycznych w oparciu o transferową politykę. Od tego czasu podjęto szereg podobnych inicjatyw, które były bardzo zróżnicowane pod każdym innym względem, z wyjątkiem ich ostatecznego losu – porażki. LPR, SdPl Marka Borowskiego, Ruch Palikota, Solidarna Polska, Europa Plus, Polska Razem Jarosława Gowina, Kukiz ’15, Nowoczesna i Wiosna – wszystkie miały okazać się „hitem” jednego sezonu, czasami ich „miesiąc miodowy” przychylności wyborców trwał nawet krócej. Oczywiście z narzędzi „polityki transferowej” korzystały one z różną intensywnością: niektóre opierały się na niej niemal całkowicie, jak SdPl czy Solidarna Polska, inne także, lecz sięgały po polityków wcześniej marginalizowanych, jak ruch Kukiza, a inne w zakresie dość ograniczonym, jak inicjatywy Janusza Palikota i Ryszarda Petru (one rzeczywiście otworzyły do „klasy politycznej” drogę znaczącej liczbie nowych ludzi).

Poczyniwszy to zastrzeżenie, można jednak wskazać na powtarzalność schematu „cyklu życiowego” transferowych „projektów politycznych”. Najpierw pojawia się ciekawy lider, nieco inny od standardowych polityków, do których publika jest przywykła. Czasami człowiek z zewnątrz, czasami z wewnątrz obiegu, ale przykuwający uwagę ostrym zerwaniem z dotychczasowych środowiskiem. Z jego aktywnością wiąże się „efekt świeżości”, który generuje entuzjazm i skłania do pracy w terenowych strukturach tysiące ludzi. Są to najczęściej ludzie wcześniej odrzucający wszystkie partie i poszukujący nowego źródła nadziei politycznej, więc ich zaangażowanie jest autentyczne i jest ono głównym kapitałem nowej inicjatywy. W tym samym czasie pojawiają się sondażowe sukcesy, które komunikują działaczom partii „starych”, że otwiera się alternatywna droga do utrzymania lub zdobycia mandatów. Tutaj inicjatywa zmienia swój charakter. Pojawiają się transfery polityków, które są ogniwem wejścia nowej partii w emocjonalny konflikt z innymi podmiotami, które polityków tracą. To ryzyko dla „świeżości” projektu, który deklarował i budował na „innym podejściu” do polityki, na obietnicy zmiany natury debaty publicznej na merytoryczną i programową, gdyż wikła się on w „polskie piekło” dyskusji o „kto, kogo, komu i co pan na to”. Pojawianie się „starych wyjadaczy”, posłów lub radnych wielu kadencji, w nowej partii zaburza spontanicznie powstającą (i bazującą często na wzajemnym uznaniu merytoryki i pracowitości przez ludzi znających się jeszcze dość krótko) hierarchię w strukturach – odtąd „świeża krew” obawia się, że przyjdzie jej ustawić się w kolejce za przychodzącym na gotowe „wielkim nazwiskiem”. Pojawiają się interwencje centrali, konflikty, odejścia i prasowe relacje na te tematy. W krótszej lub dłuższej perspektywie następuje degrengolada i spadek poparcia sondażowego. Na końcu tej drogi jest zanik lub utrata relewancji i samodzielnej pozycji w systemie partyjnym. 

W roku 2021 ciekawym dla politologa pytaniem będzie, w jakim stopniu schemat ten powtórzy Polska 2050 Szymona Hołowni, która właśnie weszła w najbardziej ryzykowny etap przeprowadzania transferów. Nie jest ona też pierwszą, u której pojawia się inna wątpliwość, związana ze ideową spójnością tak kształtowanej partii politycznej. Grzechem kardynalnym wielu polskich partii (także „starych”) jest to, że lepi się je z „głośnych nazwisk”, nie bacząc na światopoglądowy background rekrutowanych ludzi. W efekcie mamy do czynienia z produktami marketingowymi, które podporządkowane są logice PR, miewają niekiedy mniej lub bardziej ogólno-mglistą „wizję Polski”, ale nie wyrastają z aksjologicznie ugruntowanego pnia filozoficzno-ideowego. Rozrasta się przestrzeń co do której deklaruje się „głosowanie zgodnie z własnym sumieniem”, podczas gdy funkcjonalnie budowane środowisko polityczne powinno mieć jednolite stanowisko światopoglądowe i to nawet bez stosowania dyscypliny klubowej. Tak konstruowane „projekty” są lekkimi maszynami do wygrywania wyborów i technokratycznego sprawowania władzy, ale nie pełnią funkcji wyraziciela określonych wrażliwości ideowych, ani reprezentacji konkretnych grup społecznych poprzez obsługę obiektywnie obecnych podziałów – a więc podstawowych funkcji (jak nazwa sama wskazuje) PARTII politycznej. W tych okolicznościach ulotność „nowych” partii staje się konsekwencją braku ideowego spoiwa i zakorzenienia w wartościach i w pasji, jaką wartości u ludzi wywołują. Często jedynym spoiwem jest osoba początkowo inspirującego lidera, który jednak w sposób nieunikniony się zużywa. 

Tymczasem jest alternatywa. Nowe ruchy polityczno-społeczne można budować oddolnie, początkowo jako ruchy sprzeciwu wobec „establishmentu”. Nie ulega żadnej wątpliwości, że dzisiaj – jak Europa długa i szeroka – nie brak podłoża dla ich rozkwitu, nie tylko na prawicy. Ich atutem wręcz staje się wówczas promocja własnych, nowych liderów z serca ruchu aktywistów „pierwszej godziny” istnienia takiej inicjatywy. Brak kilkunastoletniego dorobku politycznego spore segmenty elektoratu oceniają jako atut, nie wadę, ponieważ wyborcy oczekują od nich wymiecenia części zasiedziałej i pozbawionej dynamiki „klasy politycznej”, a nie jej replikowania poprzez wymianę otrzaskanych nazwisk między listami wyborczymi. Tak właśnie wnoszą nową jakość, dynamizują system partyjny, stają się symptomem realnie istniejącego nowego zjawiska społecznego i zmuszają mainstream do reakcji  - nowym człowiekiem w polityce. Często ich sukces jest zresztą po prostu sygnałem od społeczeństwa, że partie „stare” przegapiły moment na przemianę pokoleniową. A to oznacza, że w Polsce ruch taki ma coraz lepsze warunki. Ostatnie dekady europejskiej polityki bogate są w przykłady udanych inicjatyw oddolnych o bardzo różnym charakterze: Zielonych, Piratów, austriackiej NeOs, czeskiej ANO, LaREM Emmanuela Macrona, ugrupowań regionalnych, libertariańskich, nacjonalistycznych, emeryckich…

W toku realizacji „polityki transferowej” duże emocje po stronie i polityków, i sympatyków ucierających się partii wywołuje pytanie o to, czy zmiana barw partyjnych przez polityków w trakcie trwania kadencji jest stosowna, dopuszczalna i wręcz etyczna. Pomijając nagminne występowanie tutaj „moralności Kalego” (wszystko jest pięknie, gdy polityk X przechodzi do nas, ale skandalem jest, gdy od nas odchodzi), warto zwrócić uwagę na dwie kategorie okoliczności, które skłaniają do różnicowania ocen. 

Pierwsza z nich ma charakter formalny i jest związana z prawnym środowiskiem uzyskania i sprawowania przez polityka mandatu np. poselskiego. Ma to niewątpliwie duży wpływ na legitymizację decyzji o porzuceniu dotychczasowej partii. Dobrze znana jest debata o różnych inspiracjach do głosowania w określony sposób w zależności od obowiązującej ordynacji wyborczej. I tak na jednym ekstremum znajduje się niemiecka ordynacja dla wyborów do Bundestagu w zakresie tzw. głosów drugich (Zweitstimme), które oddawane są na zamknięte listy partyjne, a więc bez wskazywania preferencji dla konkretnego kandydata wybranej partii. Mandaty obejmują tam kolejno osoby na szczycie listy, do liczby mandatów zdobytych w okręgu przez partię – np. pierwsza trójka. Polityk dysponujący takim mandatem ma w zasadzie zerową legitymację, aby zachować go po zmianie barw partyjnych.

Polska ordynacja do Sejmu to jednak już krok w „szarą strefę”, ponieważ wyborca wskazuje nie tylko listę, ale i konkretnego kandydata. Mamy więc sytuacje różne: od przypadku posła Nowoczesnej, który przeszedł do PiS mając słaby drugi wynik na liście i ciesząc się mandatem tylko dzięki silnemu wynikowi „jedynki” (ewidentnie mandat przynależny partii) po przykłady posłów, którzy bez żadnego wsparcia finansowego partii uzyskiwali mandaty z np. 14. miejsca na liście (mandat raczej przynależny osobie, acz zawsze można argumentować, że nie zostałby zdobyty bez szyldu partii). Najbardziej kłopotliwa jest ocena w przypadku liderów list o długim stażu osobistym w polityce i popularności. 

Jeszcze inną sytuację generują jednomandatowe okręgi wyborcze, jak w przypadku polskiego Senatu i brytyjskiej Izby Gmin. Teoretycznie to głosowanie na osobę i można uznać ją wyłącznym dysponentem mandatu. Jednak w obu krajach kandydaci startują z partyjnych komitetów wyborczych lub z oficjalnym poparciem partii i nietrudno im wykazać, że nie mieliby mandatu, gdyby partia wystawiła im w okręgu konkurenta (aczkolwiek i oni – jako kandydaci niezależni – mogliby niekiedy pozbawić partię mandatu w okręgu rozbijając jej elektorat, co pozwala uznać „współwłasność” takiego mandatu). Zawsze jednak pozostanie spór o to, co przeważyło szalę zwycięstwa: nazwisko kandydata czy szyld partyjny, gdyż wygrywają zazwyczaj ci, którzy jedno i drugie przekują w atut. 

Ciekawym wątkiem są prawne zakazy zmiany przez parlamentarzystów przynależności partyjnej, niekiedy pod rygorem utraty mandatu. Przegląd międzynarodowy takich rozwiązań prowadzi do wniosku, że jest to narzędzie rzadko stosowane w demokracjach dojrzałych. Spośród naprawdę stabilnych demokracji liberalnych tylko Portugalia i Izrael mają znaczące doświadczenie w tego rodzaju ochronie interesów partii, podczas gdy najczęściej stosuje się je w tzw. półdemokracjach w Afryce lub Azji. Do krajów, które konstytucyjnie zakazują lub zakazywały zmiany barw partyjnych należą Belize, Nepal, Nigeria, Zimbabwe, Namibia, Seszele, Sierra Leone i Singapur. OBWE ocenia, iż w świetle koncepcji wolnego mandatu jego dysponentem jest osoba legalnie wybrana do jego sprawowania, a nie partia polityczna (jako grupa innych osób). Pozbawienie mandatu z powodu zmiany barw partyjnych jest więc dopuszczalne tylko w ramach ściśle określonego prawem procesu z udziałem niezawisłego sądu. 

Drugą kategorią wpływającą na ocenę moralną polityka zmieniającego partię są okoliczności jego transferu i przyczyny. Trudno zanegować prawo zmiany barw partyjnych w sytuacji ewolucji programowej lub zmiany polityki przez partię polityczną w kwestii o kalibrze racji stanu. Do tej kategorii muszą zaliczać się transfery polityków brytyjskiej Partii Konserwatywnej do nowego ugrupowania Change UK, albo (lub następnie) do Liberalnych Demokratów w sytuacji nagłej zmiany postawy torysów w kadencji 2017-19 co do negocjacji umowy brexitowej z Unią Europejską. Politycy wybrani w okręgach jednomandatowych, jako torysi otwarcie przeciwni brexitowi lub popierający umową zakładającą pozostanie we wspólnym rynku, obszarze gospodarczym czy unii celnej, mieli podstawy, aby odejść do partii proeuropejskiej, gdy linię konserwatystów zaczął dyktować zwolennik wyjścia z Unii bez umowy. To samo dotyczy podążających taką samą drogą polityków Partii Pracy, której przywództwo zawiodło, nie generując żadnej klarownej postawy w tej kluczowym dla przyszłości kraju kwestii. Do tej samej kategorii zaliczyć należy także transfer europosła Kazimierza Michała Ujazdowskiego z PiS do PO w sytuacji ujawnienia się zakresu zanegowania przez PiS ustroju państwa prawa po 2015 r.

Większą trudność w ocenie nastręcza sytuacja, gdy przyczyną transferu jest mniej doniosła ideowa ewolucja partii lub zmiana poglądów samego polityka, do której wszyscy mamy prawo. W tej sytuacji można argumentować za złożeniem mandatu na czas do startu w kolejnych wyborach w nowej konfiguracji, chyba że nagły zwrot wykonuje kierownictwo partii, nie licząc się z poglądami znacznej części działaczy. Przykładami takich transferów były secesje z niemieckiej liberalnej FDP, gdy zmieniała ona koalicjanta (w 1969 r. do CDU odszedł wcześniejszy lider partii Erich Mende, a w 1982 r. do SPD cała plejada działaczy, m.in. znany w Polsce Guenther Verheugen); odejście z austriackiej FPOe polityków liberalnych do nowej partii, gdy Joerg Haider zmienił jej profil na skrajnie nacjonalistyczny; w końcu secesja holenderskiego eks-liberała Geerta Wildersa do nowej partii skrajnie prawicowej.

Jak widać, były to jednak sytuacje bardzo głębokich zmian światopoglądowych ludzi lub strategii politycznych partii. Nie były to przypadki przenosin do „nowych” partii o bardzo podobnym profilu programowym do „starej” partii danego polityka, z którymi nie wiąże się de facto żadna przemiana ideowa takiej osoby. W przypadku takich transferów – a to one stanowią blisko sto procent obserwowanych w polskich realiach politycznych ostatnich lat – mamy do czynienia z „przesiadką”, która jest ogniwem celów ambicjonalnych, produktem osobistych zadrażnień lub furtką do krótszej i łatwiejszej drogi do utrzymania lub zdobycia mandatu w kolejnej kadencji. Te transfery budzą bardzo poważne wątpliwości i to pod ich adresem kierowane są mocne zarzuty nadużycia zaufania własnych wyborców. 

***

Największym problemem polskiej polityki jest jej konserwatyzm, w sensie zachowawczości i preferowania utartych szlaków. Radykalny charakter rządów PiS generuje coraz mocniejszy, radykalny sprzeciw. To idealne okoliczności dla odwagi politycznej, poddania w wątpliwość wyuczonych schematów, pokuszenia się o autentyczne zerwanie z przeszłością. Pozytywną rolę mogłyby tutaj odegrać i „stare”, i „nowe” partie opozycji. Jednak wymaga to kreatywności i zrobienia czegoś inaczej niż zwykle.

---

Piotr Beniuszys jest publicystą pisma „Liberté!”

Opinie

Agonia władzy

Jaka przyszłość NATO?

Czy stać nas na świat bez drzew?

Strategiczna cena ambicji Obajtka

Dlaczego młodzi odchodzą z Kościoła?

Rząd się kłóci, traci Polska

Sztuka mądrego życia 

Media pod butem rządu

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Podatkowy zawrót głowy

Polki w mediach

Dlaczego organizacje pozarządowe są ważne?

Czuły barometr naszych histerii i nadziei

Po co nam kultura?

Strach to uczucie poddanych, nie obywateli

Emocje i obowiązki