Biden nie jest rewolucjonistą. W najbliższych latach będzie musiał unikać katastrof i kolejnych konfliktów, a nie je prowokować. I choć ma dyscyplinę żołnierza, to w polityce mimo wszystko porusza się bardziej jak rzeźbiarz czy budowniczy. Powoli do przodu i nie niszcząc niczego, co już udało się wznieść.

Nigdy w historii Ameryki prezydentury w tak rewolucyjnym czasie nie objął ktoś o tak niechętnym wielkim zmianom temperamencie. Nigdy, gdy opozycja była tak podzielona i słaba, prezydentem nie został ktoś, kto całą polityczną karierę poszukiwał raczej kompromisu niż zemsty i upokorzenia przeciwnika. I nigdy też – powiedzmy to brutalnie – prezydentem Stanów Zjednoczonych nie został człowiek u progu dziewiątej dekady życia, który z góry zastrzega, że będzie sprawował urząd przez maksymalnie jedną kadencję.

Joe Biden, 46 prezydent Stanów Zjednoczonych, obejmuje urząd w okolicznościach niezwykłych – to wręcz banał. Ale prawie każdą prezydenturę ostatnich kilku dekad zdefiniowały niezwykłe okoliczności objęcia urzędu i początku kadencji – dla Obamy był to kryzys 2008 roku i wielka recesja, dla George’a Busha zamachy z 11 września, dla Clintona upadek muru berlińskiego i koniec zimnej wojny. W czasach Trumpa nadzwyczajnym zjawiskiem był oczywiście sam Trump. Biden wprowadzi się do Białego Domu, gdy otwarte będą dosłownie wszystkie krajowe i zagraniczne fronty – od kampanii przeciwko wirusowi, przez ryzyko nowej zimnej wojny technologicznej z Chinami, po konieczność wygaszenia antyestablishmentowej insurekcji sierot po Trumpie i brutalnego konfliktu wartości w społeczeństwie podzielonym liniami rasy, płci, kultury i religii.

Nie tylko złośliwi i krytycy mają dziś prawo pytać, czy podoła stojącym przed nim wyzwaniom? Szczególnie, że Biden już raz – u boku Baracka Obamy – miał okazję tworzyć historię.

Kim pan jest, panie Biden?

Nowa administracja odziedziczy tak wiele problemów, jak szeroki mandat do zmiany amerykańskiej polityki. Wielka chęć wyborców demokratów, by na wszelkie sposoby odciąć się od czasów Trumpa, życzliwość wielu światowych przywódców i przyzwolenie na prowadzenie bardziej interwencjonistycznej, zdecydowanej polityki wewnętrznej – wszystko to daje Bidenowi spore pole manewru. To podwójnie ironiczna sytuacja, bo ani Biden nie jest politykiem o podobnych ambicjach, ani do niedawna też prawie nikt nie spodziewał się, że demokraci w ogóle otrzymają taką szansę. Dopiero uzupełniające wybory do Senatu w Georgii, których wyniki spłynęły z komisji 6 stycznia, dały partii urzędującego prezydenta większość niezbędną do skutecznego rządzenia. Ten rezultat i jego ogłoszenie zostało oczywiście przyćmione przez wdarcie się do Kapitolu zwolenników Trumpa i tragiczne konsekwencje tego styczniowego dnia. Jednak przynajmniej na krótką metę – to jest do kolejnych wyborów w połowie kadencji w 2022 roku – odbicie Senatu było nie mniej ważne. Bez tej wygranej potyczki i kompromitacji republikanów (zarówno wewnątrz, jak i w budynku Kapitolu 6 stycznia), cała zwycięska kampania prezydencka dałaby demokratom zaledwie symboliczną przewagę.

Jeśli trzymać się przez chwilę jeszcze tej wojskowej metaforyki – wojen, starć i otwartych frontów – należy wspomnieć o jednym. Biden zawsze był lojalnym żołnierzem swojej partii. Polityk od blisko 50 (!) lat obecny w demokratycznej polityce, najpierw jako senator, a później wiceprezydent, nie dał się poznać jako kontestator i buntownik. Przeciwnie, lojalnie wspierał swoich kolegów i koleżanki z partii, tak jak mocno stał za swoim prezydentem. Nawet wtedy, gdy projekty, które w imieniu demokratów forsował – reforma prawa karnego z 1994 roku czy poparcie dla wojny z Irakiem – po latach będą najbardziej obciążającymi i kłopotliwymi elementami w jego bogatym politycznym CV.

Z tego też powodu banalne w gruncie rzeczy pytanie, „jaki jest Biden?” – wcale nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.

Mała stabilizacja

Hasło wyborcze kampanii demokratów z 2020 roku głosiło potrzebę „walki o duszę Ameryki”. Biden obiecywał przywrócić do Białego Domu wartości takie jak przyzwoitość, umiarkowanie, szacunek dla przeciwnika, rozwagę. I tę część wyborczych obietnic będzie mu stosunkowo najłatwiej zrealizować – Biden przy wielu swoich irytujących manieryzmach naprawdę zarazem chce być w polityce człowiekiem zgody i umiarkowania. Łatwo mu też obiecać, że będzie mniej polaryzującą i kłótliwą głową państwa niż Trump – bo trudno byłoby go w tej akurat dziedzinie przebić. Polityka kadrowa, czyli nominacje, Bidena będą zaś podporządkowane kryterium inkluzywności i wymogom współczesnej polityki tożsamości: na różnych pozycjach w jego administracji będą musieli znaleźć się przedstawiciele i przedstawicielki różnych mniejszości i jego dawni konkurenci (patrz na przykład: Pete Buttigieg). Nie dlatego, że Joe Biden tak zawsze kształtował swoje zaplecze – bo tak nie było – ale dlatego, że to obraz, jaki dzisiejsza partia demokratyczna chce wysłać w świat. Różnorodność, inkluzywność, zgoda i pojednanie – w sprawach gestów i symboliki Bidenowi nie zabraknie amunicji.

Administracja Bidena będzie mniej zainteresowana – o ile przynajmniej sam prezydent ma tu coś do powiedzenia – toksycznym partyjnym konfliktem i napędzaniem polaryzacji po lini poglądów politycznych. Akurat 78-letni polityk z Delaware rzeczywiście może o sobie powiedzieć, że będzie prezydentem i demokratów, i republikanów. To wszystko wcale jednak nie oznacza, że wygaśnie rozrywająca Amerykę wojna kulturowa i spór tożsamości. Toksyczne konflikty zradykalizowanych grup po obu stron politycznego sporu – które gorliwie relacjonują i podgrzewają media – mogą dalej płonąć żywym ogniem, nawet pomimo łagodnego usposobienia urzędującego prezydenta.

O ile jednak w kwestiach symboliki Bidenowi będzie łatwo postępować w zgodzie z własnym temperamentem, to sprawy gospodarki, Nowego Zielonego Ładu i polityki antykryzysowej przedstawiają dużo poważniejsze wyzwanie. W największym skrócie: pole możliwości przesunęło się bardzo daleko w lewo. Ale to zarazem wcale nie jest ulubione boisko i Bidena, i demokratów jego pokolenia. Wprowadzenie 15$ płacy minimalnej na poziomie federalnym, co kilka lat temu było postulatem radykalnej lewicy wewnątrz partii demokratycznej, jest dziś uznawane za pomysł niekontrowersyjny. Jednym z pierwszych kroków zdominowanego przez demokratów Kongresu będzie podniesienie kwoty kryzysowych zasiłków do 2000$ dolarów miesięcznie. Zapowiedziana wysokość pakietu stymulacyjnego dla gospodarki sięgnie 1.9 biliona dolarów! Pieniądze mają trafić na inwestycje w zielony transport i infrastrukturę, modernizację sektora energetycznego i świadczenia bezpośrednie dla Amerykanów.

Jak daleko zgodzi się pójść Biden i na ile ten szeroki mandat do działań antykryzysowych wykorzysta będzie jednym z najważniejszych pytań tej kadencji.

Powrót w czasie

Administracja Joe Bidena stawia na dużo bardziej aktywistyczną politykę zagraniczną. Szefem dyplomacji u Bidena, zostanie Antony Blinken, jego wieloletni doradca i współpracownik – o raczej jastrzębich zapatrywaniach. Nowy prezydent chce, by Ameryka znów była i światowym policjantem, ale i „łaskawym hegemonem” – potęgą, która wciąż ma moc wyznaczania demokratycznych standardów i autorytet by bronić wolności słowa i praw obywatelskich u innych. A także dość soft power, by dalej to na amerykańską debatę i kulturę oglądały się aspirujące demokracje. Biden powoła specjalne stanowiska do dyplomacji klimatycznej i monitorowania wolności mediów na świecie.

Nowy szef Departamentu Stanu, Blinken, jest interwencjonistą: uważa, że Ameryka nie powinna stronić od użycia siły w obronie słabszych i swoich priorytetów. Kadencja Trumpa była jego zdaniem tragedią pod każdym względem z wyjątkiem tych momentów, gdy USA mocniej militarnie angażowały się na Bliskim Wschodzie i odgrywały mocniejszą rolę w tym regionie. Czy to zrzucając bomby, czy zabijając irańskiego generała Sulejmaniego, czy angażując się w rozmowy pokojowe w Izraelu. Blinken był zwolennikiem wojny z Irakiem i większego zaangażowania w Syrii w ostatniej dekadzie. W tym sensie kadencja Bidena nie obiecuje nowej jakości, lecz powrót do tego, co znamy. Wulgarnie upraszczając sprawę, choć świat poszedł do przodu, Ameryka w trzeciej dekadzie XXI wieku cofa się mniej więcej do tego, co wyznawała już w pierwszej.

To na pewno złe wieści dla Rosji Władimira Putina, bo choć historycznie demokraci uchodzili za łagodniejszych wobec wielkiego przeciwnika ze wschodu – dziś role w polityce amerykańskiej się odwróciły. Po kilku latach oskarżania Trumpa o sprzyjanie Putinowi i obwiniania Rosji o ingerencję w amerykańskie wybory, teraz to właśnie demokraci będą mieli ochotę pokazać surowość i zdecydowanie w relacjach z Moskwą. Nawet i choćby po to, żeby wysłać sygnał do swoich wyborców i pokazać, jak na każdym polu – także geopolityki – dokonują rozliczenia Trumpowskiego dziedzictwa.

Nie mniej ważne pytanie – o Chiny – pozostanie na razie nierozstrzygnięte. Przeciwnicy Bidena próbują go odmalować jako chińską marionetkę – który tylko dlatego udawał niechętnego Chinom, że musiał robić to w kampanii. Prawda jest nieco bardziej skomplikowana: w ostatnich latach Biden po prostu nie musiał podejmować decyzji w kluczowych – i niezwykle skomplikowanych – sprawach dotyczących polityki handlowej i cyfrowej. Ostatni raz jako senator zaś głosował w komisji spraw zagranicznych w 2008 roku. Teraz, gdy „cyfrowa zimna wojna” między USA i Chinami może zacząć się naprawdę, urzędujący prezydent będzie miał dość okazji, żeby zabrać głos.

USA będą musiały triangulwać między UE i Chinami – z jednym wyraźnie życzliwszym partnerem, ale mocno rozczarowanym i zniechęconym po latach Trumpa. Biden i Blinken mają jednak wszelkie narzędzia – choć nie wiadomo, czy tyle woli – żeby przychylność i lojalność Europy odzyskac. O ile – powtórzmy – zechcą włożyć w to wysiłek.

Koniec jazdy na gapę

Dla Polski kadencja Bidena oznacza, że kończy się preferencyjny okres traktowania władzy PiS przez Biały Dom i kredyt zaufania zaciągnięty u Trumpa – który na bieżąco spłacano zarówno wasalnymi gestami, jak i twardą gotówką w postaci zakupów zbrojeniowych. Nawet Witold Waszczykowski, były szef MSZ za PiS, zwracał uwagę w wywiadzie u progu kadencji nowego prezydenta USA, że władzy w Warszawie będzie teraz trudniej. Nie oznacza to oczywiście, że fundamentalnie zmienią się kierunki polityki czy nagle z sojuszniczych relacji osuniemy się we wzajemną wrogość – nawet jeśli okładki niektórych prawicowych tygodników dokładnie to sugerują. Dużo bardziej prawdopodobny jest „scenariusz turecki” – Polskę i Stany Zjednoczone będzie łączyć bliski sojusz wojskowy przy jednoczesnym rozjechaniu się wartości i demokratycznych priorytetów władzy w obu stolicach.

W ostatnich latach dynamicznie rozwijała się wymiana handlowa i inwestycje amerykańskie w Polsce. W tym samym czasie też staliśmy się liczącym eksporterem usług do Ameryki – prawniczych, informatycznych, księgowych i z dziedziny zarządzania. Istotnymi inwestorami w Polsce jest Amazon, IBM, Goldman Sachs i grupa Discovery, właściciel stacji TVN. Nie ma powodów, by sądzić, że dojście do władzy nowej ekipy w Waszyngtonie odwróci ten trend.

Realny spór dotyczyć będzie dwóch sfer – współpracy w ramach NATO i kwestii wartości oraz wolności obywatelskich. W tej pierwszej dziedzinie nowa administracja zerwie z praktykowanym przez Trumpa bilateralizmem, czyli dwustronnością. Słowem, nie będzie żadnych rozmów face-to-face o budowie „fortu Biden”, ale jedynie mocne oczekiwanie, że Polska będzie działać w strukturach sojuszu, a zatem także w lepszym porozumieniu z partnerami z Niemiec i Francji. Działania rządów PiS obliczone zdaniem niektórych na osłabienie roli Niemiec w amerykańskiej strategii obronnej i wzmocnienie roli Polski kosztem sąsiada tym razem raczej nie znajdą zrozumienia w Waszyngtonie.

Po drugie, na zdecydowany opór napotkają wszelkie działania władzy w Warszawie, które wymierzone będą w mniejszości, niezależność sądownictwa, wolność słowa i (last but not least!) swobodę robienia tu biznesu przez amerykańskie firmy. Administracja Bidena będzie mocno – i w zgodzie z tradycją partii demokratycznej – inwestować w promocję praw człowieka i ochronę mniejszości przed prześladowaniami. Co by się nie wydarzyło, w Polsce Andrzej Duda będzie urzędował dłużej niż Biden w USA – kadencja tego pierwszego kończy się bowiem w 2025 roku. W tym sensie dobre personalne relacje z Trumpem i niefortunne gesty wobec nowej administracji – od niechęci do wysłania zwyczajowych gratulacji – raczej nie wróżą dobrego startu nowej kadencji w dwustronnych stosunkach.

Ale i tu, jak i w wielu innych dziedzinach, trzeba pamiętać, że Biden nie jest rewolucjonistą. W najbliższych latach będzie musiał unikać katastrof i kolejnych konfliktów, a nie je prowokować. I choć ma dyscyplinę żołnierza, to w polityce mimo wszystko porusza się bardziej jak rzeźbiarz czy budowniczy. Powoli do przodu i nie niszcząc niczego, co już udało się wznieść.

——

Jakub Dymek jest kulturoznawcą, dziennikarzem i publicystą. W 2018 roku nakładem wydawnictwa Arbitror ukazała się jego książka „Nowi Barbarzyńcy” poświęcona strategiom globalnej prawicy: w Polsce, USA i Rosji. Publikuje na dymek.substack.com

Opinie

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Czy Biden rozprawi się z podatkowymi rajami?

Liberalizm i solidarność

Jaka Europa? Jakie NATO ?

Agonia władzy

Jaka przyszłość NATO?

Strategiczna cena ambicji Obajtka

Dlaczego młodzi odchodzą z Kościoła?

Media pod butem rządu

Polityka transferowa

Pozorna walka ze smogiem

Gorzki smak podatku cukrowego

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Polska bez smogu!

Polki w mediach

Dlaczego organizacje pozarządowe są ważne?

Czuły barometr naszych histerii i nadziei

Po co nam kultura?

Strach to uczucie poddanych, nie obywateli