Przemysław Czarnek, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, 19 października 2020 roku został mianowany ministrem odpowiedzialnym za resorty edukacji i nauki. Miesiąc później, podczas kongresu zorganizowanego przez Wyższą Szkołę Społeczną i Medialną w Toruniu, wygłosił swego rodzaju referat programowy. Radykalnie zakwestionował w nim słuszny w moim odczuciu, choć zbyt wolno postępujący proces modernizacji polskiej nauki, uosabiany przede wszystkim przez prof. Barbarę Kudrycką, ministrę nauki w rządzie Donalda Tuska i autorkę reform sprzed dekady, oraz dr. Jarosława Gowina, do niedawna ministra nauki w rządzie Mateusza Morawieckiego.

Program ministra Czarnka oparty jest na błędnych, oderwanych od rzeczywistości diagnozach, a wynikają z nich propozycje zmian niebezpieczne dla polskiej nauki. W niniejszym tekście analizuję trzy główne punkty programu i wskazuję na głęboką niekompetencję jego autora. Odwołuję się przy tym nie tylko do toruńskiego referatu, ale także do innych wypowiedzi ministra, jego współpracowników i zwolenników.

 

Problem 1. Fundamentalne niezrozumienie, czym jest nauka, a czym nie jest

Już na początku urzędowania minister dał się poznać jako osoba, która pomimo statusu samodzielnego pracownika naukowego nie potrafi odróżnić nauki od aktywności pokrewnych. Przeznaczył prawie dwa miliony złotych na angielskie tłumaczenie tendencyjnej KUL-owskiej Encyklopedii filozofii. Kontrowersje wzbudza jednak nie tyle sfinansowanie tego przedsięwzięcia, ile przede wszystkim sposób, w jaki minister o nim mówi: tłumaczenie owego „dzieła” to element „promocji dorobku polskiej nauki za granicą”. Problem w tym, że encyklopedie, leksykony itp. z definicji nie są pracami naukowymi, nawet jeśli wyszły spod piór pracowników naukowych. Rola prac naukowych polega bowiem na przekraczaniu granic istniejącej wiedzy, podczas gdy encyklopedie i leksykony tylko zbierają w jednym miejscu wiedzę już istniejącą i porządkują ją według prostych reguł. Mają zatem walor edukacyjny i popularyzatorski, ale nie stricte naukowy.
Encyklopedia filozofii jest częścią niefortunnej szerszej idei, aby „dorobek polskiej nauki” najpierw publikować w kraju po polsku, a następnie tłumaczyć na języki obce i tym samym „popularyzować za granicą”. Niestety albo może na szczęście międzynarodowy obieg myśli naukowej tak nie działa. Przede wszystkim szanujące się czasopisma i wydawnictwa naukowe przyjmują niemal wyłącznie prace oryginalne, wcześniej niepublikowane. Po drugie, rzadko się zdarza, aby tekst został opublikowany w pierwotnej wersji. W wyniku krytycznych recenzji autor musi często dokonać głębokich zmian w swojej pracy. „Popularyzacja” na zasadzie „weźcie tłumaczenie pracy X czy Y i opublikujcie” jest możliwa wyłącznie w czasopismach i wydawnictwach patologicznych, tak zwanych drapieżnych. „Popularyzacja” w tym sektorze może polskiej nauce przynieść jedynie wstyd.
Minister Czarnek zdaje się nie wiedzieć nie tylko tego. Twierdzi, że czasopism i wydawnictw międzynarodowych „nie interesuje tematyka polska i katolicka”. W kwestii „tematyki katolickiej” nie czuję się ekspertem, ale opublikowałem w obiegu międzynarodowym kilka prac o wyborach różnego szczebla w Polsce, więc ciężko mi jest się zgodzić z ministrem. Jego poglądy są zresztą szeroko podzielane w popierającym go środowisku przeciwników reform Kudryckiej i Gowina. Jedna z czołowych postaci tej części środowiska akademickiego, Wojciech Polak, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i stały gość Radia Maryja, wielokrotnie publicznie twierdził, że w obiegu międzynarodowym można publikować jedynie na „modne tematy”, takie jak „gender i LGBT”. Jest to ewidentna nieprawda, a wymieniona tematyka składa się na niewielką część refleksji z zakresu nauk humanistycznych i społecznych. Przykłady można oczywiście mnożyć, ale jedno nie ulega wątpliwości: forsowana przez ministra Czarnka wizja nauki stoi na fundamencie niewiedzy i różnych fobii.

 

Problem 2. Tęsknota za („wolnym”) średniowiecznym uniwersytetem

Pierwszym projektem legislacyjnym ministra Czarnka jest zaprezentowany 9 grudnia 2020 „Pakiet dla wolności”. Proponowane w nim zmiany przepisów mają uniemożliwić dyscyplinarne karanie nauczycieli akademickich za głoszenie „przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych”. Cel pozornie chwalebny. Niestety, znów wynika z błędnych diagnoz i niekompetencji, a jego skutki mogą być opłakane.

U podstaw tego pomysłu tkwi przeświadczenie wspierających PiS środowisk konserwatywno-narodowo-katolickich o „lewackości” uniwersytetów i dyskryminacji osób o poglądach prawicowych. Atmosferę zagęściła niedawna sprawa prof. Ewy Budzyńskiej z Uniwersytetu Śląskiego. Studenci oskarżyli prof. Budzyńską o głoszenie podczas zajęć z socjologii rodziny ultrakatolickich poglądów na szeroko pojęte kwestie rodziny i macierzyństwa. Sprawa została umorzona, więc może zarzutów nie poparto wystarczającymi dowodami, jeśli jednak prof. Budzyńska rzeczywiście wykorzystywała zajęcia uniwersyteckie między innymi do głoszenia własnych pozanaukowych poglądów na społecznie kontrowersyjne tematy, to zachowywała się skrajnie nieprofesjonalne i uniwersytet miał nie tylko prawo, ale i obowiązek przyjrzeć się sprawie. Zajęcia akademickie nie powinny być okazją do głoszenia światopoglądu wykładowcy. Minister Czarnek idzie z odsieczą sprawcom podobnych sytuacji, a to budzi uzasadniony sprzeciw.

Pretensje konserwatystów do uniwersytetów sięgają głębiej. Poniekąd mają rację, twierdząc, że uniwersytet ich „nie lubi”, ale uważam, że taka właśnie jest nieuchronna kolej rzeczy. W nauce tkwi bowiem istotny pierwiastek prometejski. Dąży ona do wykradzenia naturze (bogom) ich tajemnic, zrozumienia świata i dzięki temu, pośrednio, uczynienia go lepszym. Nauka jest w związku z tym przedsięwzięciem dynamicznym, polegającym na ciągłym kwestionowaniu i udoskonalaniu aktualnej wiedzy, a przez to praktyki społecznej. Wszystkie te cechy kłócą się z konserwatyzmem, zwłaszcza opartym na religii, dlatego nie powinno dziwić, że stosunkowo niewielu naukowców żywi przekonania narodowo-katolickie. Tymczasem za jeden z priorytetów, wyłożony zresztą wprost w Encyklopedii filozofii, minister Czarnek przyjął „katolickość” uniwersytetów. Pobrzmiewa tu wyraźna tęsknota za uniwersytetem okresów średniowiecza i kontrreformacji, a symbioza uniwersytetów z Kościołem katolickim opisywana jest w tonacji wyraźnie idyllicznej.


Niestety, akademiccy konserwatyści skrzętnie przemilczają niechlubne aspekty tej „idylli”. W czasach, do których tęsknią, naukowcy byli nader często postponowani, prześladowani, nawet paleni na stosie, a wszystko to w imię głoszonych przez Kościół katolicki religijnie motywowanych idei. Kościół katolicki wydaje się być zresztą do dziś dumny z tych tradycji, a niektórzy ciemiężyciele wybitnych naukowców wciąż należą do panteonu świętych. Nie powinno zatem dziwić, że i współcześnie wielu naukowców obawia się Kościoła katolickiego, a „pakiet wolnościowy” ministra Czarnka interpretują jako otwarcie furtki dla głoszenia w murach uniwersytetów poglądów jawnie pseudonaukowych, na przykład „psychologii kwantowej” czy kreacjonizmu.

 

Problem 3. Pochwała „profesorskości”, czyli akademickiego feudalizmu

Trzecim głównym postulatem ministra Czarnka jest „przywrócenie godności i rangi stanowisku profesora”. Zdaniem ministra profesor nie powinien być „wyrobnikiem”, ale „mieć katedrę i być ośrodkiem życia naukowego”. Minister proponuje też „przywrócenie relacji mistrz–uczeń”. W pochwale „profesorskości” i „habilitacyjności” jeszcze dalej idzie nowo powołany wiceminister nauki, prof. Włodzimierz Bernacki. Postuluje on de facto zatrudnianie pracowników uniwersyteckich na podstawie stopni i tytułów, nie zaś rzeczywistego dorobku naukowego.
Powyższe postulaty wydają się być szkodliwe przede wszystkim ze względu na ich antyrozwojowy charakter. Badania dotyczące systemów nauki wskazują, że najlepiej rozwija się ona tam, gdzie młodsi pracownicy naukowi szybko uzyskują samodzielność badawczą. Nadmierna hierarchiczność, w Polsce ciągle przyjmująca formę czysto feudalną, hamuje rozwój nauki. To właśnie akademiccy feudałowie z litanią tytułów przed nazwiskiem, ale z kompromitująco słabym dorobkiem naukowym (zwłaszcza w naukach społecznych i części humanistycznych), są odpowiedzialni za ustawiane „konkursy” na stanowiska naukowe, wygrywane przez „biernych, miernych, ale wiernych”.

Trzeba tu wspomnieć, że feudalizm akademicki otrzymał potężny cios przy okazji reform ministry Barbary Kudryckiej. Powołała ona między innymi Narodowe Centrum Nauki, centralną agencję finansującą badania naukowe. W sztandarowym programie, nazwanym OPUS, NCN rozdziela środki finansowe na badania, kierując się zasadami merytorycznymi, w dwuetapowej ocenie wniosków przez niezależnych kompetentnych recenzentów. W toku oceny wnioski profesorów belwederskich wielokrotnie przegrywały z wnioskami doktorów. Dzieje się tak zwłaszcza w naukach społecznych (politologii, pedagogice, socjologii), gdyż znaczna część ich profesury otrzymała tytuł jedynie dzięki dramatycznie niskim standardom, którym nauki te w Polsce hołdują.

Czy takie osoby naprawdę chcemy uczynić „ośrodkami życia naukowego” i obsadzić je w roli „mistrzów”? Najwyraźniej tak, sądząc po składzie powołanego przez ministra Czarnka zespołu, który ma „korygować” niedawną reformę ministra Gowina. Liczebnie dominują w nim właśnie przedstawiciele nauk społecznych o, delikatnie mówiąc, przeciętnym dorobku naukowym i znikomej rozpoznawalności. Uderza kontrast w stosunku do składu Narodowego Kongresu Nauki, gremium doradczego powołanego w 2016 roku. Tworzyli je najbardziej rozpoznawalni uczeni z różnych dziedzin.

Poza niewątpliwą szkodliwością postulat „dowartościowania profesorów” jest oderwany od rzeczywistości. Twierdzę tak z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, profesorowie w Polsce tak naprawdę nie potrzebują dowartościowania. To oni, w tym doktorzy habilitowani zatrudnieni na stanowisku profesora uczelni, rządzą polskimi uniwersytetami. To oni z mocy prawa przeważają w senatach, rozmaitych radach, a także kolegiach elektorskich wybierających władze uczelni. Po drugie, jako że ofertę skierowano do profesury nauk społecznych i humanistycznych (vide skład zespołu „korygującego”), implementacja idei ministra Czarnka może mieć skutki czysto groteskowe. W ostatnich latach polskie nauki społeczne i część humanistycznych zostały dotknięte zjawiskiem inflacji i dewaluacji stopni i tytułów naukowych. Habilitować się i uzyskać tytuł profesora może niemal każdy, kto wyrazi taką chęć, a medialnie głośne przypadki nieprzyznania tytułu to wyjątki potwierdzające regułę. Doszło do tego, że w niektórych dyscyplinach więcej jest doktorów habilitowanych i profesorów aniżeli doktorów i chętnych do uzyskania doktoratu.

W jaki zatem sposób wszystkie te „utytułowane” osoby mają nagle stać się „ośrodkami życia naukowego”? Pozycja profesora zdefiniowana w sposób, w jaki robią to ministrowie Czarnek i Bernacki, miałaby sens tylko wtedy, gdyby profesorów i doktorów habilitowanych (mających prawo do promowania doktoratów) było niewielu i musieliby sprostać wysokim wymaganiom merytorycznym. W obecnej sytuacji propozycja „dowartościowania” profesorów i doktorów habilitowanych świadczy jedynie o tym, że obaj ministrowie są na bakier z podstawami ekonomii. Hiperinflacja stopni i tytułów naukowych doprowadziła nieuchronnie do ich dewaluacji, a z habilitacji i profesur belwederskich w wielu dyscyplinach naukowych nie da się uczynić probierza dorobku i predyspozycji do pełnienia funkcji lidera zespołów naukowych.


***
Jak wynika z przedstawionej analizy, program ministra Czarnka dla nauki polskiej to przede wszystkim głos osoby niekompetentnej. Opiera się na fałszywych diagnozach jeśli chodzi o status quo i niezrozumieniu sensu nauki, a w związku z tym jej potrzeb. Otrzymaliśmy propozycję nie tylko nasyconą narodowo-katolicką ideologią, ale i wychodzącą otwarcie naprzeciw postulatom najbardziej antyrozwojowej części środowiska naukowego: utytułowanych „naukowców” bez poważnego dorobku, reprezentujących głównie nauki społeczne i część humanistycznych.


Program jest w związku z tym jawnie feudalny. Kładzie nacisk na formalne stopnie i tytuły, deprecjonując tym samym merytoryczną, bezstronną ocenę rzeczywistych osiągnięć naukowych. Oczywiście postulaty ministra są do tego stopnia oderwane od rzeczywistości, że prawdopodobnie znakomita większość z nich nigdy nie zostanie wprowadzona w życie. Dziś należy więc skupić się na jednym: obronie NCN, od dziesięciu lat dobrze służącego polskiej nauce. Zamach na tę instytucję jest niestety możliwy, a niektóre przyjazne rządzącym media już teraz otwarcie do niego zachęcają. Jeśli NCN przetrwa w obecnej formie, skutki firmowanego przez ministra Przemysława Czarnka jawnego buntu pseudonauki przeciwko rozumowi i zwykłej ludzkiej przyzwoitości będą w przyszłości łatwe do usunięcia.

———
dr hab. Maciej Górecki jest pracownikiem naukowym Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Opinie

Zło i wiara: aktualność Tischnera

Rozmowa – przestrzeń wolności

Tischner, czego uczy nas dziś?

Ameryka wróciła do Europy

Ministerstwo banalizacji katolicyzmu

Bitwa o Rzeszów: lekcja dla opozycji

Czy Biden rozprawi się z podatkowymi rajami?

Liberalizm i solidarność

Jaka Europa? Jakie NATO ?

Agonia władzy

Jaka przyszłość NATO?

Strategiczna cena ambicji Obajtka

Dlaczego młodzi odchodzą z Kościoła?

Media pod butem rządu

Polityka transferowa

Pozorna walka ze smogiem

Gorzki smak podatku cukrowego

Inflacja "pożera" oszczędności Polaków

Czas na V RP

Polska bez smogu!

Polki w mediach

Dlaczego organizacje pozarządowe są ważne?

Czuły barometr naszych histerii i nadziei

Po co nam kultura?

Strach to uczucie poddanych, nie obywateli