Z prof. Maciejem Kisilowskim rozmawia Jarosław Makowski

Jarosław Makowski: – Gdzie ucho przyłożyć, tam słychać: „żyjemy w państwie z kartonu”, „państwo nie działa, „państwo zawiodło”, „państwo jest w ruinie”. Dlaczego tak negatywnie oceniamy działalność własnego państwa?

Prof. Maciej Kisilowski: – W Polsce stworzył się konsensus marzenia o silnym państwie. Dobrze w tym kontekście zrobić mały eksperyment lingwistyczny i przełożyć ten zwrot na angielski: silne państwo znaczy „strong state”. Brzmi to w zachodniej tradycji bardzo autorytarnie, niemal faszystowsko. A w Polsce ideał silnego państwa jest wręcz dogmatem. Autorytarna prawica odniosła tu zwycięstwo narracyjne, gdyż nauczyła nas – także liberałów – myśleć o państwie na modłę putinowską. Bo państwo w tej logice jest czymś odrębnym od obywateli. Cel takiego państwa to nie suma naszych celów, ale odrębny byt. Wielka Rosja działa tak, że ludzie z niej uciekają, gdyż nie widzą dla siebie perspektyw. Ale choćby wyjechało ich i milion, władcy na Kremlu wciąż będą wierzyć, że to oni interpretują interes Rosji.

To samo chce stworzyć prawica w Polsce: Wielką Polskę, której – tak jak Wielkiej Rosji – ludzie są absolutnie zbędni. Tylko przeszkadzają. Wielką Polskę budują prezes Kaczyński na Nowogrodzkiej, jego namiestnik Mateusz Morawiecki i ich wspaniałe narodowe programy. Polacy są tylko trybikami od wykonywania zadań w tej narodowej maszynie.

Taka wizja silnego państwa, nawiasem mówiąc, jest nie tylko sprzeczna z zachodnią liberalną tradycją, ale i ze społeczną nauką Kościoła katolickiego. Cała encyklika Centesimus annus Jana Pawła II przedstawia państwo jako instytucję służebną wobec człowieka. „Państwo nie jest celem międzyludzkiego współżycia” – pisał papież, wspierając wizję „państwa praworządnego, w którym najwyższą władzę ma prawo, a nie samowola ludzi”. Karol Wojtyła, jak wiemy, miał wiele sporów z liberałami – ale tutaj akurat mówił z nimi jednym głosem.

Silnym państwem w takiej obywatelskiej wizji jest nie Rosja, ale Finlandia – kraj, który ma najlepszą obronę cywilną w UE i, z drugiej strony, najlepszą edukację. Państwo w wydaniu fińskim jest silne umową społeczną. Obywatele w takim państwie nie muszą sobie dodawać otuchy, krzycząc, że wstają z kolan, że nie oddadzą suwerenności za brukselskie srebrniki. W to miejsce w nowoczesnym, prawdziwie silnym państwie wchodzi zgoda narodowa i racjonalny konsensus, że państwo skuteczne i silne to takie, gdzie obowiązują jasne procedury, instytucje służą ludziom, a nie konkurują między sobą lub przerzucają się wzajemnie odpowiedzialnością.

– PiS, idąc do wyborów w 2015 roku, zorganizował kongres pod hasłem „Polska – Wielki Projekt”. Codzienność brutalnie zweryfikowała tę koncepcję: im bowiem głośniejszy krzyk o silnym państwie, Wielkiej Polsce, tym bardziej dziś widzimy, że to państwo potyka się o najprostsze sprawy: źle przygotowany system szczepień, zatrutą Odrę, gdzie nie może ustalić sprawcy zatrucia, budowę elektrowni w Ostrołęce za 1,5 mld zł, która została już rozebrana, trudności w dostarczeniu węgla itd. Nie wspominając już o słynnym Centralnym Porcie Komunikacyjnym, który wciąż jest tylko wielkim projektem na slajdach.

– Nie musisz krzyczeć, aby cię słyszano, jeśli państwo opiera się na silnej umowie między obywatelami. Bo krzyk sprawia, że zagłuszasz wszelkie racjonalne argumenty i decyzje.

Przed objęciem władzy przez PiS w 2015 roku polski system ochrony zdrowia był, według European Health Consumer Index, jednym z najgorszych w UE, ale za to nasz system edukacji był, zgodnie z danymi OECD, jednym z najlepszych na świecie – głównie za sprawą wprowadzenia gimnazjów, które skutecznie wyrównywały szanse edukacyjne. Co się okazało? W krzyku na temat silnego państwa nie usłyszeliśmy, że edukacja działała dobrze. Zobaczyliśmy za to, że „silne państwo” PiS może zniszczyć jedną z nielicznych polskich usług publicznych, która była na światowym poziomie.

Ten sam mechanizm widzimy przy tzw. reformie sądów, choć tutaj oczywiście prawdziwym celem jest wprowadzenie w Polsce ustroju autorytarnego. Ale PiS obiecywał, że skróci czas oczekiwania na wyroki. Tylko że jak spojrzymy na dane, to czas rozpatrywania spraw w roku 2015 był na poziomie średniej europejskiej. Problem był inny: nasz system sprawiedliwości w przeliczeniu na PKB był jednym z najdroższych. Tyle że w krzyku taki argument nie był ani ponoszony, ani nawet gdyby był, to nie byłby słyszalny.

– Jaki z tego płynie wniosek?

– Taki, że jeśli skupiasz się na krzyku, który ma być świadectwem silnego państwa, to nie podejmujesz najlepszych z możliwych decyzji.

– Dziś dochodzą do tego fakty: opowieść o silnym państwie rozmija się z jego niewydolnością w codziennym życiu. Przykładowo: nie ma węgla, a nawet jak jest, to nie można go rozładować, a jak już rozładują, to nie ma komu rozwieźć go do gospodarstw domowych…

– Dla racjonalnego państwowca jest oczywiste, że w dobrze działającym państwie nie idzie o prężenie muskułów, ale o zapewnienie dobrze działających, silnych społecznym poparciem instytucji. PiS tego nie potrafi. Dlatego robi zbędny przekop Mierzei Wiślanej czy stara się budować gigantyczne lotnisko w szczerym polu.

– PiS nie potrafi sprawić, by pociągi jeździły punktualnie, dlatego wymyśla budowę „białych słoni”, jak CPK w Baranowie czy odbudowa Pałacu Saskiego?

– Rozwój to ogólnie problem autorytarnej prawicy na całym świecie. Bo rozwój dziś, w gospodarce opartej na wiedzy i innowacji, wymaga krytycznego, otwartego myślenia, różnorodności i tolerancji oraz wspierania rozwoju, z natury rzeczy progresywnych, miast. Pokazują to choćby badania profesora Uniwersytetu w Toronto Richarda Floridy. Tyle że te wartości są kompletnie obce autorytarnej prawicy! Dlatego prawica na całym świecie jest w potrzasku: z jednej strony chce swojej bazie dostarczyć wzrost gospodarczy, ale z drugiej strony ten wzrost gospodarczy wymaga działań, które stoją w sprzeczności z zamkniętym, autorytarnym, fundamentalistycznym, patriarchalnym i rasistowskim modelem społeczeństwa.

– Co autorytarna prawica robi z tą kwadraturą koła?

– Szuka innych motorów rozwojowych, które nie będą myśleć. Jak wylejemy tony betonu pod Baranowem, to ten beton nie będzie krytykował absurdalnych pomysłów ministra Przemysława Czarnka dotyczących edukacji. Jak wykopiemy setki tysięcy metrów sześciennych piachu pod przekop Mierzei Wiślanej, to ten piach nie będzie protestować przeciwko rasistowskim i homofobicznym wypowiedziom Jarosława Kaczyńskiego. Beton czy piach nie myślą. Tę kwadraturę koła widać po porażkach pisowskich reform nauki: nie da się stworzyć konkurencyjnej nauki w gęstniejącej atmosferze nacjonalizmu, rasizmu, patriarchatu, uprzedzeń. Czytaliśmy parę dni temu, co wyprawiała wrocławska policja ze studentami z Niemiec. Krzyki rozochoconych funkcjonariuszy „Deutschland über alles” jako żywo przypominają migawki z TVP. Tworzymy bezmyślny system intelektualnego zamknięcia, nienawiści do wszystkiego, co inne, obce i podejrzane. Taki Narodowy Program „Głupota+”. Wrogiem jest każdy, kto myśli – jajogłowi profesorowie, autorytety, nauczyciele, których trzeba zgnoić i doprowadzić na skraj ubóstwa właśnie dlatego, że są elementem nieprawomyślnym.

I w takim społeczeństwie, w takiej atmosferze mają powstawać innowacje Morawieckiego które zapewnią nam kolejny impuls rozwojowy? To przecież jakiś żart.

– A Chiny? To wręcz wzór państwa i społeczeństwa, gdzie autorytaryzm współgra z rozwojem gospodarczym.

– Z autorytaryzmem jest tak jak u Krasickiego: miłe złego początki, lecz koniec żałosny. Chiny budziły zazdrość świata swoim wzrostem gospodarczym, choć startowały z poziomu skrajnego ubóstwa po rewolucji kulturalnej Mao Zedonga. Ale było to wtedy, gdy system autorytarny pozostawał w ryzach. Pierwszy sekretarz nie był demokratycznie wybierany, ale przynajmniej był ograniczony limitem dwóch kadencji.

Relatywnie miłe były też początki autorytaryzmu połączone z silną gospodarką w Turcji Erdogana, a nawet w pierwszej dekadzie XXI wieku Rosji Putina. We wszystkich tych krajach koniec jest jeden – autorytaryzm przestaje być oświecony, a zaczyna być nieracjonalny, niekontrolowalny i coraz bardziej brutalny. Xi Jinping właśnie mianował się sekretarzem generalnym na bezprecedensową trzecią kadencję – i mówi się, że będzie rządził do śmierci. Korzystając z absolutnej władzy, wprowadza absurdalne polityki – takie jak „Zero COVID” zamieniającą życie milionów Chińczyków w piekło. Niszczy swoje okno na świat w postaci Hongkongu i podgrzewa nacjonalistyczne nastroje, które mogą wywołać np. wojnę na Tajwanie. Putin napada na Ukrainę. U Erdogana inflacja wynosi 70 proc. – bo władca się uparł, że sposobem na walkę z nią jest obniżka stóp procentowych!

– Dziś ludzie odrzucają państwo, a zarazem tego państwa potrzebują, mierząc się wciąż z kolejnymi kryzysami – pandemicznym, uchodźczym, a teraz energetycznym. Jednocześnie powodem odrzucenia państwa jest to, że ono zawodzi, jego instytucje w przywołanych sytuacjach stają się niewydolne.

– Kluczowe jest to, co zawiera się w zwrocie: „Nie potrzebujemy takiego państwa”. Jakiego? Nie potrzebujemy takiego, które przypomina ogromnego smoka krążącego nad obywatelami. A więc państwa, które nas kontroluje, które łupie nas na podatki, a nie daje w zamian dobrych usług publicznych – nie, takiego państwa nie potrzebujemy.

Potrzebujemy natomiast państwa, które rozumie, że jego celem, jedynym interesem narodowym jest zapewnianie obywatelom długofalowych, stabilnych warunków do realizacji wybranego przez siebie pomysłu na szczęście. Że „Wielka Polska” to właśnie suma szczęścia Polaków. Takie państwo – sługa obywateli, akuszer dobrobytu Polaków – będzie przejawiać się m.in. w tym, że politycy przestaną jeździć 200 km na godzinę w opancerzonych limuzynach. Że ich auta staną na światłach na przejściu dla pieszych – jak kilka tygodni temu stało auto kanclerza Austrii Karla Nehammera obok mojego auta tu, w Wiedniu.

Musimy zatem przekonać ludzi, że potrzebujemy innego państwa niż to, które z olbrzymim sukcesem zdefiniowała dla nas autorytarna prawica. A więc państwa silnego siłą swoich obywateli. Kryzys pandemiczny jest dobrym przykładem, by naświetlić problem, o którym mówimy. Jeżeli celem jest wyszczepialność, to nie zmusisz ludzi do tego siłą. A zatem: skuteczność państwa będzie się mierzyć nie tylko liczbą zgromadzonych i rozdystrybuowanych szczepionek, które później trzeba po cichu utylizować, ale zdolnością przekonania ludzi do tego, aby się szczepili.

Tu zresztą trzeba być krytycznym także wobec niektórych liberalnych technokratów, którzy myślą o państwie i jego reformowaniu w ten sposób, że im większy opór społeczny, tym lepsza reforma. Mamy tu gloryfikację reform, które są niepopularne. Jak operacja: musi boleć, bo inaczej nie jest to poważny zabieg.

Musimy w końcu zrozumieć, że w demokracji jednym z podstawowych czynników, które powinniśmy brać w ocenie tego, czy reforma jest dobra, czy zła, jest społeczna akceptacja dla niej. Reforma ma sens pod warunkiem, że będzie trwała. A w demokracji będzie trwała, jeśli ma społeczną akceptację. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że Mateusz Morawiecki jest twarzą takiego niepisanego konsensusu pomiędzy prawicowymi nacjonalistami a liberalnymi technokratami. Bo obydwu stronom zależy na tworzeniu państwa, które nie będzie brudzić sobie rąk interakcją z obywatelem. Dla prawicy ludzie są nieistotni w konfrontacji z mitycznym interesem Wielkiej Polski. Dla technokratycznych liberałów ludzie są zbyt głupi, żeby ich opinie brać pod uwagę.

To, co mnie przekonuje u Donalda Tuska, to to, że on nie ma takich zapędów. On jest politykiem, który gra w tę piłkę z ludźmi, a nie w golfa „na najlepszych polach”, jak radna PiS ze Szczecina Małgorzata Jacyna-Witt. Tusk ma dużo mentalności wspólnotowej, a brak mu paternalizmu – czy to nacjonalistycznego, czy technokratycznego. I więcej zrozumienia, że państwo jest silne, jeśli będziemy się zgadzać co do podstawowych priorytetów. Wszyscy.

– Jak zatem przeprowadzać zmiany czy – użyję tego słowa – reformy, by miały one trwały charakter i akceptację społeczną?

– Zacznijmy od wyrugowania z naszego politycznego leksykonu płaczów o „świetnym projekcie reform, który niestety nie znalazł poparcia społecznego”. Jeśli nie znalazł poparcia społecznego, to nie był świetny!

– To może zamiast „silne państwo” powinniśmy używać innego zwrotu: „skuteczne państwo”. To takie państwo, które nie krzyczy głośno, rezygnuje z megalomanii, ale jest skuteczne w rozwiązywaniu podstawowych problemów i zapewnia dobre usługi publiczne – edukację, ochronę zdrowia, transport publiczny…

– Do pewnego stopnia gotów jestem się z tym zgodzić. Ale w obecnych czasach jeszcze ważniejsze jest to, żeby państwo było stabilne. Albo lepiej: odporne!

– Dlaczego skuteczność nie wystarczy?

– Bo żyjemy w czasach, w których wiele rzeczy nie zależy od nas. Wśród naukowców zajmujących się strategią popularne jest takie wesołe powiedzonko Mike’a Tysona: „Każdy ma świetny plan, dopóki nie dostanie w mordę”. Ostatnio mamy tutaj dużo przykładów. Mogliśmy nie rujnować jak PiS ochrony zdrowia, a COVID wciąż byłby dla nas, szczególnie dla młodych ludzi, depresyjną, pokoleniową katastrofą – choć oczywiście zmarłyby tysiące ludzi mniej. Mogliśmy nie przegrzewać nieodpowiedzialnie gospodarki jak PiS, a wojna Putina i tak wywołałaby inflację – choć oczywiście nie wynosiłaby ona 20 proc., tylko dwa razy mniej, tak jak w strefie euro.

To, co dziś obserwujemy, a co jest budowane w Europie Zachodniej od II wojny światowej i czego nie docenił Władimir Putin, to to, że stabilność i odporność są fundamentami zachodnioeuropejskiego modelu państwa. I ta odporność jest, moim zdaniem, jeszcze ważniejsza niż skuteczność. Nawet tu, w Austrii, kraju, który jest bogaty, dobrze zorganizowany i zarządzany, jest dużo rzeczy, które nie działają perfekcyjnie. Ale to, co działa i co daje ludziom poczucie bezpieczeństwa, to pewność, że rządzący chcą budować dobro wspólne – chcą dobrze dla ludzi. Zaufanie do państwa, zaufanie, że procedury działają skutecznie, jest duże.

Dlatego uważałbym ze skutecznością w tym sensie, że obiecywanie skuteczności jest obiecywaniem zbyt wiele wobec tego, co państwo w dzisiejszych warunkach jest w stanie dać społeczeństwu. Mówiąc: „zbudujemy skuteczne państwo”, obiecujemy, że rozwiążemy wszystkie problemy. A później przychodzi wirus, który jednak pokazuje słabość państwa w tym sensie, że żaden kraj nie jest w stanie go pokonać – albo przynajmniej pokonać natychmiast.

W dzisiejszym świecie wiele zjawisk, w tym także tych negatywnych, dzieje się poza kontrolą państwa. To, co możemy, to obiecać ludziom, że przez te niepewne czasy będziemy próbowali przejść tak, by ponieść przy tym jak najmniejsze straty. Będziemy tworzyć zaufanie do państwa w taki sposób, by ludzie w zmaganiach z dzisiejszymi plagami okazywali sobie większą solidarność.

To widać też choćby w reakcji na kryzys energetyczny: w państwach, gdzie zaufanie jest mniejsze, jak we Włoszech, wystarczyło kilka miesięcy inflacji, by prawicowi ekstremiści doszli do władzy. W Niemczech, krajach skandynawskich obywatele sami się ograniczają, by zużywać mniej energii. Mają poczucie wspólnego losu. Putin nie wziął pod uwagę tej stabilności i odporności, która dziś przekłada się na solidarność europejską i obnaża słabości rosyjskiego systemu. To jest właśnie olbrzymia przewaga demokracji, że ona potrafi generować stabilność i odporność na kryzysy.

Sądzę, że Platforma Obywatelska może w tych niepewnych czasach taki system bezpieczeństwa nie tylko obiecać, ale też zbudować. A więc nie rewolucja, która uczyni państwo perfekcyjnie skutecznym, ale zbudowanie państwa, które będzie kompetentne, przewidywalne, stabilne, odporne na ekstremalne wyzwania.

Jeśli miałbym się odwoływać do metafor, to powiedziałbym, że dziś potrzebujemy państwa maratończyka, a nie państwa sprintera. A zarówno w wizji technokratycznych „bolesnych reform”, jak i w nacjonalistycznej wizji „Wielkiej Polski” państwo jest z całą pewnością sprinterem, a nie maratończykiem.

– Kryzysy pandemiczny, uchodźczy i teraz energetyczny pokazują, że stabilność i odporność spełniają swoją rolę, gdy państwo jest zdecentralizowane. Prawica autorytarna nie tworzy tej odporności i stabilności, gdyż wszystko centralizuje. Czy zatem, jeśli chcemy państwa stabilnego i odpornego, musimy usamorządowić Polskę?

– W przypadku tak dużego kraju jak Polska nie ma co do tego wątpliwości. I to głównie dlatego, że obywatele dużego państwa w różnych jego obszarach mają różne potrzeby. Jeżeli państwo smok narzuca jeden model dla wszystkich, to ten model – niczym sztywny gorset – będzie niedopasowany dla wielu z nas. I znów – fakty, a nie narracje: Polska bardzo dobrze zdecentralizowała wykonywanie usług publicznych. Ale cały czas te usługi, które wykonują samorządy, są regulowane z Warszawy. W takim modelu nie mamy mechanizmu dopasowania ani mechanizmu uczenia się na błędach. Samorząd przypomina robotnika, który kopie dół, ale nie może powiedzieć, jak trzeba go kopać. To mówi nadzorca – rząd. Gminy wiedzą najlepiej, jak prowadzić szkoły, więc po co jest rządowe kuratorium oświaty? Niech ono będzie wojewódzkie i samorządowe. I nich ono też się uczy od gmin, co one – z codziennej praktyki – wiedzą o prowadzeniu szkół w swoim regionie. Taki podział ról gwarantowałby zmniejszenie napięć między centrum i samorządem. Tym samym wzmacnialibyśmy stabilność i odporność państwa. Widzieliśmy to przy okazji kryzysu na Odrze, gdy marszałkini województwa lubuskiego wiedziała o przyczynach i procesie zatrucia rzeki dużo więcej niż ministrowie w limuzynach odpowiedzialni za ochronę środowiska. Po co nam jest wojewoda, który nad nią stoi, a którego zadanie polega na tym, by czynić jej życie trudniejszym…

– …strasząc, że za chwile wejdą policja i prokuratura, bo skrytykowała bezczynność rządu…

– Dokładnie. Centralne urzędy nie tylko nie pomagają rozwiązywać problemów, ale de facto rzucają kolejne kłody pod nogi. Paradoks polega na tym, że nawet po liberalnej stronie państwo zbyt często utożsamia się z Warszawą. Jak pada postulat, by zlikwidować urząd wojewody, to natychmiast pojawia się pytanie: „A kto będzie stał na straży interesu państwa?”. To absurdalne pytanie, bo przecież demokratycznie wybrany marszałek województwa jest częścią tego państwa. Tak samo jak jakiś urzędnik, który został powołany przez premiera w Warszawie. Jest oczywiste, że zarówno premier, minister, jak i marszałek czy wójt muszą być kontrolowani przez niezależne sądy, a jeśli trzeba, to i przez służby antykorupcyjne czy służby specjalne.

– Ale na jakiej podstawie sądzimy, że marszałek czy wójt musi pozostawać pod jakimś szczególnym nadzorem?

– Nie przypominam sobie, przykładowo, żeby ktoś kwestionował lojalność marszałka województwa wobec Rzeczypospolitej. Natomiast takie wątpliwości, na przykład w kwestii niejasnych powiązań z Rosją, pojawiały się, jak wiemy, wokół ministrów, wiceministrów i ich najbliższego otoczenia, szczególnie w ciągu ostatnich ośmiu lat.

Nie ma zatem żadnych przesłanek, by traktować marszałków jako z definicji bardziej podejrzanych niż ministrów. Wręcz przeciwnie – Polacy bardziej ufają samorządom niż rządowi. Jeśli mówimy, że państwo to my, a nie jakiś smok nad nami krążący, to samorządy są lepszą reprezentacją państwa niż rząd. Bo państwo – powtórzę – to my. Chyba że budujemy państwo na modłę putinowską, wtedy to my, czyli Polacy, jesteśmy niepotrzebni. Wiele razy spotkałem się w rozmowach o decentralizacji z ludźmi, którzy są krytyczni wobec PiS, ale powtarzają, że trzeba uważać z oddawaniem kompetencji samorządom. Język nas zdradza. Co to znaczy „oddamy”? Czyli my – Warszawa – musimy zaryzykować i oddać im – w domyśle tym, którzy nie reprezentują polskiego państwa – część władzy?!

W dzisiejszej sytuacji takie uwagi od przedstawicieli strony opozycyjnej dodatkowo proszą się o smutne pytanie: „To my rządzimy w centrum? Od kiedy?”. To ważna uwaga, bo nawet jeśli odsuniemy Kaczyńskiego od władzy, to – w demokracji – ekipy rządzące będą się zmieniać. W systemie zdecentralizowanym może nie mamy pełni władzy, gdy nasza opcja wygrywa wybory do Sejmu, ale nie tracimy też wszystkiego, gdy przewagę na ul. Wiejskiej uzyskują nasi przeciwnicy polityczni. Zwycięzca nie bierze wszystkiego. To jest zdrowe i to buduje wspomnianą stabilność oraz odporność państwa jako całości.

– Pierwszy krok, który powinniśmy zrobić, by zacząć budować to usamorządowione państwo – stabilne i odporne?

– Zacząłbym od wzmocnienia samorządu wojewódzkiego i przekazania mu kompetencji prawodawczych w obszarach, w których i tak już wykonuje te zadania. Chodzi o to, żeby polityka publiczna wykonywana przez samorząd była też przez ten samorząd regulowana prawem miejscowym, które w myśl art. 87 ust. 2 naszej konstytucji jest przecież w Polsce źródłem prawa. A po drugie, włączyłbym reprezentantów samorządu do zarządzania Polską jako całością. Zburzyłbym mur między władzą państwową a samorządową. Praktycznym sposobem na to byłby powrót do koncepcji samorządowego Senatu RP – pierwszy raz rozważanej w 1990 roku i atakowanej głównie przez ówczesnych posłów obozu postkomunistycznego. Zgodnie z propozycją stowarzyszenia Inkubator Umowy Społecznej, do którego należę, senat składałby się z marszałków województw dysponujących głosem ważonym wielkością reprezentowanej populacji. Do rozważenia jest, by wzorem Berlina, Hamburga czy Wiednia nadać największym miastom – na przykład Warszawie i Krakowowi – status miast na prawach województwa i włączyć ich prezydentów w skład nowego Senatu RP.

Izba ta powinna dysponować prawem weta co najmniej w kwestii ustaw dotyczących samorządu. Zabezpieczyłoby to samorząd przed powracającą plagą recentralizacji. Należałoby też rozważyć, by taki reprezentujący samorządową Polskę senat brał udział w powoływaniu niezależnych instytucji, np. sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

– Mamy w tej koncepcji podwójny ruch: Warszawa schodzi w dół, oddając część kompetencji, ale samorządy idą w górę, biorąc więcej odpowiedzialności za całe państwo.

– Tak – samorząd dostaje więcej władzy, ale bierze także więcej odpowiedzialności za państwo. Rola samorządu nie polega więc tylko na łataniu dziury w drodze. Bo samorząd dziś też lubi być takim niewinnym, apolitycznym, technokratycznym dostarczycielem prostych usług. A tymczasem wyzwania są ogromne, gdyż dotyczą odbudowy demokratycznego ustroju Polski, naszego bezpieczeństwa, braku energii czy degradacji środowiska. Dlatego dziś trzeba powiedzieć samorządowi: w trudnych czasach wszystkie ręce na pokład. Tylko tak uda nam się zbudować stabilne i odporne państwo. Państwo, które będzie tworzone i budowane przez wszystkich, a nie tylko przez centrum – Warszawę. Dla samorządu oznacza to więcej władzy, więcej swobody, ale i więcej odpowiedzialności. Dla Polski zaś – nowy model wielopoziomowego zarządzania naszym wspólnym państwem.

---

Prof. Maciej Kisilowski – współzałożyciel i wiceprezes Inkubatora Umowy Społecznej. Profesor prawa i strategii, dyrektor naukowy programu Executive MBA dla menedżerów najwyższego szczebla na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Wiedniu. Doktor nauk prawnych i magister praw Uniwersytetu Yale, absolwent studiów z ekonomii i polityki publicznej na Uniwersytecie Princeton oraz studiów MBA w Insead.

Analizy

Wieś nie potrzebuje jałmużny

Puste obietnice znachorów

Państwo maratończyk, a nie państwo sprinter

Co zrobić, by każdy znalazł dach nad głową

Po pierwsze: język i aktywność

Bliżej (z) miasta

Pyrrusowe zwycięstwo Orbána

Jeśli wybory wygra Orbán, to Węgry mogą opuścić Unię

Nowa era pracy?

Źle ma się Polska

Zieleń, rewitalizacja, miasto

Kosztowna szarża Kaczyńskiego i Błaszczaka

Jak trwoga, to do samorządów

Była Polska w ruinie, będzie samorząd w ruinie

Patrząc w stronę Niemiec...

Ochrona zdrowia w Polsce - droga do lepszej jakości i dostępności systemu

„Mrożenie” środków na nagrody w rolnictwie

Postpandemiczne wyzwania gospodarcze dla Polski

PORADNIK: Obywatel, a państwo PiS

ANALIZA: Wiejskie budżety obywatelskie

Budżet partycypacyjny. Ewaluacja

ANALIZA: Dwa oblicza populizmu