• Wydarzenia 9/11 doprowadziły do przełamania okresu hegemonii Stanów Zjednoczonych w porządku światowym.

• Konsekwencjami ataku 9/11 były między innymi ograniczenie swobód obywatelskich i powszechna erozja prywatności.

• Interwencje zbrojne Stanów Zjednoczonych w Iraku i Afganistanie zakończyły się porażkami, kosztowały Amerykanów miliardy dolarów, utratę prestiżu i wydatnie przyczyniły się do zmiany porządku światowego.

• W 2001 roku gospodarka Chin była siedmiokrotnie mniejsza od gospodarki amerykańskiej. Obecnie Chiny są już drugą gospodarką świata w wartościach nominalnych, a pierwszą w wartościach cen nabywczych (PPP).

• Rosja wzbogaciła się w ciągu ostatnich dwudziestu lat, na czym zyskał przede wszystkim budżet rosyjskich sił zbrojnych. W 2001 roku siły zbrojne Rosji były w stanie upadku; dziś należą do grona najnowocześniejszych i najlepiej wyposażonych na świecie.

• Unia Europejska podzieliła się w reakcji na wydarzenia 9/11 i do dziś nie zbudowała strategicznej autonomii ani podmiotowości w polityce zagranicznej.

• W interesie Polski jest skonsolidowany Zachód, oparty na więziach transatlantyckich i silniejszej Unii Europejskiej.

10 września 2001 roku świat wydawał się zmierzać w przewidywalnym kierunku. Stany Zjednoczone były oczywistym i niezagrożonym hegemonem. Chiny rosły dynamicznie, ale nadal jako biedne, skupione na sobie państwo Trzeciego Świata. Słaba Rosja starała się wyjść z kryzysu, a Zachód raczej przychylnym okiem patrzył na jej nowego prezydenta, Władimira Putina. Unia Europejska stabilnie zmierzała do ostatecznego zakończenia zimnej wojny i przyjęcia do swojego grona byłych państw komunistycznych, w tym Polski. Jednocześnie planowała głęboką reformę wewnętrzną, uchwalenie konstytucji i de facto stopniową federalizację. Wydawało się, że porządek globalny na zawsze pozostanie w rękach liberalno-demokratycznego duopolu Stany Zjednoczone–UE, dyktującego reguły, do których Chiny, Rosja i inne aspirujące państwa będą musiały się dostosować.

Kryzysem, nad którym pochylał się wtedy Zachód, było maleńkie Kosowo, gdzie siły NATO skutecznie przeprowadziły w 1999 roku tak zwaną liberalną interwencję, w obronie albańskiej, w większości muzułmańskiej ludności. Oczywiście nawet w tych stosunkowo spokojnych czasach świat borykał się z ogniskami niestabilności. Rządzący Irakiem Saddam Husajn odmówił współpracy z inspektorami Międzynarodowej Agencji Atomowej, w związku z czym w Stanach Zjednoczonych powstało przekonanie, że Irak sekretnie produkował broń masowego rażenia. Ujawniono rozwój programu nuklearnego w Iranie, rządzonym przez teokratyczny reżim ajatollahów, oraz w zamordystycznej Korei Północnej. W Afganistanie rządziło skrajne ugrupowanie talibów, podejrzewane o współpracę z terrorystyczną organizacją Al-Kaida. To ona przeprowadziła ataki na amerykańskie cele w Kenii i Tanzanii pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Problemy były oczywiście realne, ale przejmowały się nimi głównie służby wywiadowcze, debatowali o nich niektórzy politycy, akademicy i garstka dziennikarzy. Ogromna większość opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych i UE czuła się bezpieczna. Żyliśmy w przekonaniu o wiecznej trwałości pokoju i zachodniej hegemonii.

Intelektualnym manifest tamtej atmosfery stworzył Francis Fukuyama w książce Koniec historii (1991). Dowodził, że po upadku komunizmu świat skoncentruje się na pomnażaniu bogactwa. Nastąpi progres globalizacji, przy jednoczesnym wygaszaniu nacjonalizmów. Z tezą tą polemizował Samuel Huntington. W artykule Zderzenie cywilizacji (1993) dowodził, że rywalizację okresu zimnej wojny zastąpi konfrontacja Zachodu z innymi kręgami kulturowymi, w tym ze światem islamu, ale też z cywilizacjami chińską czy prawosławną. Tezę Huntingtona większość krytyków uznała wówczas za zachowawczą, wręcz rasistowską. W następstwie wydarzeń, do których doszło 11 września 2001 roku, polityka zagraniczna potoczyła się torami przewidywanymi nie przez Fukuyamę, lecz właśnie Huntingtona. Dla świata Zachodu nie jest to dobra wiadomość.

W jakim miejscu jest świat dwadzieścia lat po 9/11?

Zamachy terrorystyczne Al-Kaidy przeprowadzone 11 września 2001 roku w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Pensylwanii fundamentalnie zmienił Stany Zjednoczone oraz ich relacje ze światem zewnętrznym. Administracja prezydenta George’a W. Busha odpowiedziała na ataki Al-Kaidy tak zwaną wojną z terroryzmem, dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, poczyniono ogromne inwestycje w bezpieczeństwo wewnętrzne. Po drugie, dokonano interwencji zbrojnych w Afganistanie, a następnie w Iraku.

Pierwsze oblicze wojny było niezwykle kosztowne: budżety szesnastu służb wzrosły średnio o 100 procent, powołano nowy Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, z budżetem rzędu pięćdziesięciu miliardów dolarów rocznie i ponad stoma tysiącami zatrudnionych. Nowe i zreformowane służby walczyły z terroryzmem, przesuwając granicę ingerencji państwa i praktycznie likwidując ochronę prywatności. Nowe agencje podsłuchują i czytają mejle nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale praktycznie na całym świecie. Niestety, wypasione służby amerykańskie ewidentnie nadużywają swoich instrumentów, o czym przekonali się między innymi Angela Merkel, Emmanuel Macron i Justin Trudeau – ich telefony były na amerykańskim podsłuchu. Według „Washington Posta” Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego rocznie czyta średnio pięćdziesiąt sześć tysięcy mejli niemających żadnego związku z terroryzmem ani innym zagrożeniem wewnętrznym.

Reforma amerykańskich służb odbiła się najgłośniejszym echem, ale podobne procesy zachodziły też w innych państwach: w Wielkiej Brytanii, Niemczech, we Francji, w Rosji. Każde przyjęło nowe ramy prawne i wyposażyło służby w nowe, często nadużywane kompetencje. Skrajnie daleko posunęła się Rosja. Prawo służące jakoby przeciwdziałaniu ekstremizmowi jest rutynowo stosowane dla cenzurowania niezależnych mediów czy eliminowania opozycji; jego ofiarą padł Aleksiej Nawalny. Dziś z pewnością można zawyrokować, że ataki 9/11 poskutkowały między innymi ograniczeniem swobód obywatelskich i powszechną erozją prywatności. W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i we Francji dzieje się tak za przyzwoleniem społecznym. W Rosji zagrożenie terrorystyczne – zdaniem wielu sztucznie sprowokowane albo nawet stworzone przez służby – dało pretekst do demontażu instytucji demokratycznych.

Najbardziej oczywistym aspektem „wojny z terroryzmem” były oczywiście amerykańskie interwencje zbrojne w Afganistanie i Iraku. Jak dziś wiadomo, obie zakończyły się porażkami, kosztowały Amerykanów miliardy dolarów, utratę prestiżu i wydatnie przyczyniły się do zmiany porządku światowego. W ciągu ostatnich dwudziestu lat do historii przeszedł Pax Americana. W obu wojnach zginęło ponad sześć tysięcy żołnierzy amerykańskich i mniej więcej drugie tyle żołnierzy państw sojuszniczych, w tym 74 Polaków. Irakijczycy i Afgańczycy odnieśli nieporównywalnie większe straty: w wyniku działań wojennych życie straciło ponad dwieście tysięcy Irakijczyków, a medyczne pismo „Lancet” szacuje rzeczywistą liczbę ofiar, włącznie z pośrednimi, na ponad pół miliona. W Afganistanie po obu stronach konfliktu śmierć poniosło około stu sześćdziesięciu tysięcy osób. Krwawe żniwo tych wojen dramatycznie obniżyło prestiż Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i w Azji Centralnej.

Poza ofiarami w ludziach obie wojny kosztowały amerykańskiego podatnika ogromne pieniądze. Z szacunków amerykańskiego Kongresu wynika, że obie wojny już pochłonęły ponad dwa tryliony dolarów, a z oprocentowaniem ostateczna kwota może sięgnąć aż czterech trylionów dolarów. Wojny były w dużej mierze finansowane z długów, które Ameryka zaciągała na międzynarodowych rynkach, i w znacznej mierze przejęły je Chiny. Tym samym to Chiny i Japonia stały się największymi zagranicznymi właścicielami długu Stanów Zjednoczonych. Stale rosnący dług i luźną politykę fiskalną administracji Busha uznaje się za jedne z głównych źródeł światowego kryzysu gospodarczego, który rozpoczął się w 2008 roku i trawił Amerykę przez następne lata. W tym samych czasie gospodarka Chin pędziła do przodu praktycznie bez przerwy, aż wyrosła na globalny biegun i rywala Stanów Zjednoczonych. W 2001 roku była siedmiokrotnie mniejsza od gospodarki amerykańskiej. Obecnie Chiny są drugą gospodarką świata w oficjalnych wartościach nominalnych, natomiast w wartościach cen nabywczych (PPP) już wyprzedziły Amerykę.

Gdy Stany Zjednoczone buksowały w Afganistanie i Iraku, Chiny dynamicznie rozbudowywały swoje strefy wpływów w Azji, Afryce, a nawet Europie, na przykład na Bałkanach. W tym samych czasie Rosja korzystała na ekspansji cen ropy i gazu, w niemałej mierze pokłosia amerykańskich interwencji. W 2001 roku baryłka ropy kosztowała około 20 dolarów, dziś średnio dobija do 68–70 dolarów. W 2011 roku za baryłkę trzeba było zapłacić aż 95 dolarów. Ponieważ budżet Rosji zależy przede wszystkim od cen surowców, w ciągu ostatnich dwudziestu lat znacznie urósł, a najwięcej zyskały rosyjskie siły zbrojne. W 2001 roku były w stanie upadku; dziś należą do grona najnowocześniejszych i najlepiej wyposażonych na świecie.

W roku 2000 Chiny nie mogły się równać ze Stanami Zjednoczonymi na polu militarnym. Na budżet przeznaczały jedynie 22 miliardy dolarów, natomiast Amerykanie dysponowali kwotą 320 miliardów dolarów. Od tamtej pory ich budżet obronny uległ więcej niż podwojeniu i wynosi obecnie 717 miliardów dolarów, ale budżet obronny Chin urósł niemal dziesięciokrotnie, do 202 miliardów dolarów. Należy przy tym zauważyć, że siły amerykańskie są rozproszone po świecie, a Chińczycy koncentrują swoje zasoby militarne na bezpośrednim sąsiedztwie, w regionie Azji–Pacyfiku. W 2000 roku Chiny nie posiadały ani jednego lotniskowca, co poważnie ograniczało ich zdolność do przeprowadzenia operacji na przykład wobec Tajwanu. Dziś mają do dyspozycji dwa lotniskowce, w tym jeden poradziecki, a drugi w całości wyprodukowany w Chinach, zwodowany w 2018 roku. Przy takich zasobach strategicznych Chiny stały się poważnym wyzwaniem dla amerykańskiej pozycji w regionie Azji i Pacyfiku.

W 2001 roku Ameryka była niekwestionowanym hegemonem porządku światowego, de facto jednobiegunowego. Dziś nadal jest największym mocarstwem, ale liderowi dyszy na plecach konkurencja, a porządek świata stał się wielobiegunowy. W Azji Stany Zjednoczone rywalizują o strefy wpływów z Chinami i stopniowo szala przechyla się na korzyść Chin. W Afryce Chiny dziś są ważniejszym centrum strategicznym niż Ameryka, która nigdy zanadto nie inwestowała w ten kontynent. W Europie Ameryka zachowuje pozycję niekwestionowanego lidera, ale wpływy Chin rosną, szczególnie na Bałkanach i na Węgrzech. Tymczasem na obszarze poradzieckim Rosja odzyskuje wpływy w Azji Centralnej i na Kaukazie. Jest wielce prawdopodobne, że zdecydowała się na aneksję Krymu i wojnę na wschodzie Ukrainy, bo wie, że uwagę osłabionej Ameryki zaprzątają inne rejony świata.

Dziś już widać, że jednym z następstw 9/11 było osłabienie roli Stanów Zjednoczonych i szerzej Zachodu oraz wzrost znaczenia państw autorytarnych, w szczególności Rosji i Chin. W tym kontekście istotne są konsekwencje 9/11 dla Europy, a w szczególności Polski.

Konsekwencje 9/11 dla Europy

Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie postawiło Europę przed dylematem wzięcia większej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo i wzmocnienia własnej strategicznej wagi. Mark Leonard, założyciel Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, opublikował w 2005 roku książkę Why Europe Will Run the 21st Century (Dlaczego UE będzie rządzić światem w XXI wieku). Twierdził, że w sytuacji, gdy Stany Zjednoczone są uwikłane militarnie na Bliskim Wschodzie, z pogwałceniem prawa międzynarodowego, przywództwo światowe przejmie skonsolidowana UE, po tym, jak pokojowo zmieni swoje otoczenie, między innymi w procesie rozszerzenia.

Początek wieku z pewnością napawał UE optymizmem. Kraje członkowskie szykowały się do przyjęcia europejskiej konstytucji, która miała przekształcić UE w semifederację i potęgę strategiczną. W 1999 roku zaczęła funkcjonować Unia Walutowa; wydawała się sukcesem. Euro umacniało się wobec dolara, kolejne kraje członkowskie pukały do drzwi eurostrefy, postrzeganej jako elitarny klub. Premier Tony Blair deklarował w Birmingham dwa miesiące po wydarzeniach 9/11, że Wielka Brytania chce być w sercu europejskiej integracji i z pewnością również przyjmie wspólną walutę. Unia Europejska szykowała się do przyjęcia dziesięciu nowych państw, w tym Polski. Turcja się demokratyzowała i zyskała rangę oficjalnego kandydata do członkostwa w UE, tym samym potencjalnie otwierając UE ścieżkę do stania się czołowym rozgrywający na Bliskim Wschodzie.

Następne lata pokazały jednak, że nadzieje euroentuzjastów się nie spełniły. Zamiast zbudować strategiczną autonomię UE się podzieliła i wewnętrznie skłóciła o wojnę w Iraku. Wielka Brytania, Dania i nowe państwa członkowskie, w tym Polska, wsparły amerykańską interwencję, a Francja, Niemcy, Belgia i Luksemburg były jej stanowczymi przeciwnikami. Z czasem Hiszpania i Włochy dołączyły do pierwszej grupy. W tej atmosferze budowa unijnej polityki zagranicznej i zdolności strategicznych stały się praktycznie niemożliwe. Jednocześnie psychoza związana z 9/11 i opór dużej części społeczeństw w Europie Zachodniej wobec rozszerzenia UE doprowadziły do upadku projektu europejskiej konstytucji. W 2005 roku została odrzucona w referendach w Holandii i we Francji. W konsekwencji w gruzach legł projekt przekształcenia UE w semifederację.

Globalny kryzys finansowy w 2008 roku i kryzys wspólnej waluty w 2010 roku podważyły wiarę w europejski projekt. Wiatru w żagle nabrały formacje eurosceptyczne – wyrastały jak grzyby po deszczu na obszarze całej UE. Kryzys migracyjny w 2015 roku jeszcze wzmocnił ich popularność. W wielu krajach świetnie radziły sobie w wyborach i stały się potężnymi ugrupowaniami parlamentarnymi. W 2016 roku Brytyjczycy zagłosowali za opuszczeniem UE, w dużej mierze ze względu na obawy związane z migracją.

Wiele z kryzysów, które trawiły UE w ciągu ostatniego dwudziestolecia, ma genezę w wydarzeniach 9/11 i reakcji na nie. Dziś wiadomo, że integracja europejska okazała się wystarczająco silna i stabilna, by przetrwać momenty załamania, a z kilku wyszła nawet wzmocniona. Dzięki kryzysowi euro powstała Unia Fiskalna i Bankowa, zostało też przełamane tabu interwencyjnej roli Banku Centralnego. Od 2004 roku UE skutecznie rozszerzyła się na wschód i południe – do piętnastu państw członkowskich dołączyło kolejnych dwanaście. Pukanie do drzwi UE nie ustaje, dziś pięć państw aplikuje o członkostwo. Mimo to trudno ocenić ostatnie dwadzieścia lat jako pasmo sukcesów UE. Wbrew zapowiedziom Leonarda europejska wspólnota nie rządzi światem. Dzisiejsza UE nie aspiruje do globalnego przywództwa, nie ma ani zdolności, ani nawet poważnych ambicji strategicznych. W obszarze polityki zagranicznej nastąpiły raczej regres i renacjonalizacja. Ta sytuacja nie jest dla Polski korzystna. Przed polską dyplomacją stają trudniejsze wyzwania.

Konsekwencje 9/11 dla Polski

Polska odpowiedziała na wydarzenia 9/11 dyplomatycznym i militarnym wsparciem dla Stanów Zjednoczonych. Ponieśliśmy niemałe koszty zaangażowania po stronie sojusznika. Największą ofiarę złożyli naturalnie polscy żołnierze, którzy polegli w Iraku i Afganistanie. Z dzisiejszej perspektywy widać jednak, że Polska dokonała wyborów zgodnych z własną racją stanu. Jesteśmy obecnie jednym z najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych w Europie, gościmy na swoim terytorium 4,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy, rozwija się współpraca w przemyśle obronnym. Dzięki tym decyzjom możemy się dziś czuć bezpieczniejsi.

Niemniej współpraca z odległym geograficznie sojusznikiem nie wystarcza, aby zapewnić Polsce bezpieczeństwo. Przekonaliśmy się o tym boleśnie w 1939 roku. Otoczenie strategiczne Polski na wschodzie jest wysoce niestabilne. Wzmocniona, również dzięki wysokim cenom energii, Rosja prowadzi działania wojenne i dywersyjne w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Dlatego w interesie Polski leży umocowanie w UE silnej, spójnej wewnętrznie i asertywnej na scenie międzynarodowej. Taka UE wymaga silnej polityki zagranicznej i obronnej. Do 2015 roku wszystkie kolejne polskie rządy wspierały ten kierunek. Niestety, po wygranej PiS-u Polska obrała kurs na osłabianie UE i podważanie sensu nawet nie rozwoju, ale wręcz istnienia wspólnej polityki zagranicznej i obronnej.

W ciągu dwudziestu lat od wydarzeń 9/11 porządek światowy stał się mniej stabilny i mniej przewidywalny. Koniec historii przewidywany przez Fukuyamę nigdy nie nastąpił. Jeszcze nie doszło do „zderzenia cywilizacji” z wizji Huntingtona, ale ten pesymistyczny scenariusz w przyspieszonym tempie materializuje się od wydarzeń 9/11. Kończy się okres dominacji Stanów Zjednoczonych, rośnie znaczenie Chin, Rosja próbuje odbudować imperium na byłym obszarze poradzieckim. W interesie Polski jest przetrwanie spójności Zachodu, czyli silnych więzi transatlantyckich oraz zjednoczonej Europy. Stany Zjednoczone, coraz silniej skoncentrowane na rywalizacji z Chinami, będą oczekiwać od UE pomocy i przejęcia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo. Nasze doświadczenia z przeszłości i nasze położenie geopolityczne wskazują, że kurs na ściślejszą integrację europejską jest naturalnym wyborem dla polskiej racji stanu.

---

Marcin Zaborowski – dyrektor programu bezpieczeństwa w Instytucie Globsec oraz redaktor naczelnym magazynu „Res Publica Nowa”. Założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura Centre for European Policy Analysis; w latach 2010–2015 dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Analizy

Wyzwania nowoczesnej polityki naukowej

Kosztowna szarża Kaczyńskiego i Błaszczaka

Jak trwoga, to do samorządów

Była Polska w ruinie, będzie samorząd w ruinie

Patrząc w stronę Niemiec...

Ochrona zdrowia w Polsce - droga do lepszej jakości i dostępności systemu

Wolność. Internet. Nowe otwarcie?

„Mrożenie” środków na nagrody w rolnictwie

Postpandemiczne wyzwania gospodarcze dla Polski

Budżet partycypacyjny. Ewaluacja

ANALIZA: Dwa oblicza populizmu