Dokładnie pamiętam dzień, w którym pan premier Morawiecki na konferencji prasowej ogłosił lockdown. Byliśmy wtedy – w ramach lekcji – w kinie na Sali samobójców. Hejterze. Gdy wychodziliśmy, zrobiło się zamieszanie. Podekscytowany kolega powiedział: „Słyszałeś, że Morawiecki zamknął szkoły?!”. Niby można było się tego spodziewać, mimo to poczułem, że żarty się skończyły. Taki precedens nie zdarzył się ani za życia moich rodziców, ani tym bardziej mojego.

***

Na początku panowało wśród nas przeświadczenie, że posiedzimy te dwa tygodnie w domu na „koronaferiach”, trochę odpoczniemy, wirus raz dwa się zawinie i wszystko wróci do normy. Potem stopniowo, tydzień po tygodniu, nasze oczekiwania związane z rychłym powrotem do stacjonarnej nauki albo wygasały, albo – w najlepszym razie – odsuwały się w czasie. Kiedy pan minister Piontkowski zarządził, że po Wielkanocy szkoły nie zostaną otwarte, większość z nas uświadomiła sobie, że zobaczymy się dopiero na zakończeniu roku szkolnego.

Przez pierwsze dni i tygodnie w systemie nauczania panował – co zrozumiałe – chaos. Jedne lekcje odbywały się w czasie realnym, z drugich dostawaliśmy jedynie wytyczne, a jeszcze innych nie mieliśmy w żadnej formie. Od początku wiedzieliśmy, że zaczął się dla nas prawdziwy egzamin dojrzałości. Nauczyciele stracili praktyczną kontrolę nad uczniami. W takim trybie nie sposób obiektywnie wyegzekwować od nas wiedzy z gwarancją uczciwości. Korzyści, jakie wyciągniemy z tej sytuacji, zależą od naszych chęci i determinacji. Gdyby nauka zdalna rzeczywiście zakończyła się po zapowiadanych na starcie dwóch tygodniach, tragedia by się nie stała, dałoby się nadrobić zaległości. Niestety, na obecnym etapie straty są nie do odpracowania.

We wrześniu koledzy licytowali się, kiedy znów zasiądziemy przed ekranami laptopów. Nie ukrywam, mocno mnie to irytowało, bo miałem poczucie, że sieją defetyzm. Przyznaję, łudziłem się, że nie zamkną nas z powrotem albo przynajmniej że chociaż do świąt posmakujemy, jak to było za starych czasów. Owszem, posmakowaliśmy, ale zaledwie do pierwszej połowy października. Pamiętam i ten moment pożegnania z przyjaciółmi. Inaczej niż w marcu, z tyłu głowy tłukła nam się myśl, że nieprędko się zobaczymy. Niestety, nie myliliśmy się. Było mi przykro. Oczywiście nauka jest teraz zorganizowana po stokroć lepiej – systemy zajęć i wystawiania ocen zostały ujednolicone, a nauczyciele przeszli odpowiednie kursy.

No właśnie, nauczyciele. O kształtowaniu zdalnej nauki pisałem dotychczas bezosobowo, a przecież to jest czyjaś zasługa. To oni musieli w trybie ekspresowym przestawić się na zupełnie inny model pracy. Wymagał od nich narzędzi i umiejętności dotychczas niespotykanych, bo na szczęście niepotrzebnych. Kto w 2019 roku przewidziałby, że bazą pracy nauczyciela będzie obsługa platform Zoom czy Google Meet? Kto wpadłby na pomysł, że tablicę zastąpi Jamboard, a klasówkę – formularz na testportalu?

Mimo to w moim przekonaniu nauczyciele stanęli na wysokości zadania. Jako licealista ani przez moment nie czułem się pozostawiony sam sobie. Za to z całego serca im dziękuję.

***

Jest i druga – może nawet istotniejsza – strona pandemicznego medalu. Szkoła jest oczywiście ważna i nie chciałbym relatywizować jej znaczenia, ale wydaje mi się, że w kontekście zamrożenia naszego codziennego życia uwadze umykają relacje społeczne.

W okresie nastoletnim nie do przecenienia są więzi z rówieśnikami. Od marca kontakty z koleżankami i kolegami z klasy sprowadzają się do Messengera, ewentualnie nielicznych spotkań. Chodzę do drugiej klasy liceum, więc mam wrażenie, że i tak jestem w lepszej sytuacji niż pierwszoklasiści. Przez te kilka miesięcy przed pandemią zdążyłem poznać moich szkolnych kompanów do takiego stopnia, żeby kontynuować znajomość w mniej sprzyjających warunkach. Nie wyobrażam sobie, jak czują się uczniowie klas pierwszych. Na poznanie się mieli zaledwie miesiąc – tyle, co nic. Bariera pozwalająca choćby na wspólne rozmowy telefoniczne nie została jeszcze przełamana. To tym bardziej dołujące, gdy zewsząd się słyszy, że liceum i studia są najlepszymi latami w życiu, że z nich ma się najcieplejsze wspomnienia.

Czy tak zatem ma wyglądać najlepszy okres mojego życia?

Pozostaje sprawa chęci. Mimo natłoku prac obserwuję w moim otoczeniu skrajny brak motywacji do robienia czegokolwiek, włącznie z lekcjami. Przymusowe spędzanie całych dni w domu, nieefektywna nauka i niewiedza na temat tego, co się wydarzy za miesiąc czy dwa, mają katastrofalne skutki, także psychiczne. W grudniu na łamach „Wysokich Obcasów” psychoterapeutka Beata Wójcik, zapytana, czy młodzi czekają na powrót do szkoły, powiedziała: „Jest tak, jakby już na nic nie czekali. Albo nie chcieli czekać”[1]. Całkowicie zgadzam się z tą diagnozą. Część moich znajomych z powodu niepewności i zaniku motywacji rezygnuje z życiowych planów i pasji, urywa kontakt z przyjaciółmi. Mówimy o naprawdę ciężkich sytuacjach. Piszę te słowa w Światowym Dniu Walki z Depresją.

***

Od marca 2020 roku minie niedługo dwanaście miesięcy. Czy był to czas zmarnowany? Nie. Czy można było lepiej go wykorzystać? Tak. Z jednej strony czekam na powrót do szkoły jak na mało co, z drugiej zaś ciekaw jestem, co w niej zastanę. Gdy wstępnie planowaliśmy małe klasowe spotkanie, od jednej z osób usłyszałem, że nie jest specjalnie chętna, bo po takim czasie prawie z nikim nie będzie miała wspólnych tematów do rozmów. Powtórzę: nie wie, o czym miałaby rozmawiać ze swoją klasą. Po ponad półtora roku znajomości.

 

Roch Zygmunt – uczeń drugiej klasy I LO w Grudziądzu. Publikuje w młodzieżowym portalu Kongresy i „Gazecie Młodych” (lokalny dodatek do „Gazety Wyborczej”).

 

[1] Nastolatki uciekają w sen. Czasem to jedyna dostępna strategia radzenia sobie z trudnościami, wywiad Agnieszki Jucewicz, wysokie obcasy.pl, 19 grudnia 2020, https://www.wysokieobcasy.pl/akcje-specjalne/7,174350,26618576,dzieci-nie-czekaja-na-powrot-do-szkoly-jest-tak-jakby-juz.html (dostęp 23 lutego 2021).

Instytut Młodych

Kto ty jesteś?

Nikt się nie rodzi, by nienawidzić

Następne pokolenie

Terespol – granica praw człowieka

Rok stagnacji

Smog - cichy zabójca